Felietony

Jak skrzypek w lesie

Koronawirus storpedował świat sportu i niemal w każdym zakątku naszego globu odwoływane są kolejne mecze, zawody, wyścigi. Jeżeli już się odbywają, dzieje się to często bez udziału kibiców. Czy taka rywalizacja w ogóle ma zatem sens?

Zagrożenie trudno przeceniać, a ograniczenia zgromadzeń i imprez masowych wydają się racjonalne. Z drugiej strony jednak „show must go on” i właśnie z tego powodu część organizatorów imprez sportowych zdecydowało się na przeprowadzenie rywalizacji bez udziału publiczności, żeby jednak „zamknąć” kalendarz i dokończyć rozpoczęte już cykle. Tylko czy taka zabawa ma w ogóle cokolwiek wspólnego z ideą sportu?

Wyścigi kolarskie, po wydarzeniach z UAE Tour, zostały niemal sparaliżowane, a najbliższe imprezy odwołane. Pytanie co będzie dalej zadają sobie właściwie wszyscy, a odpowiedzi nie zna nikt. Część drużyn zapowiedziało, że nie zamierza startować wcale przez jakiś czas, inne wciąż się wahają, choć trudno wyobrazić sobie kadłubową rywalizację ledwie kilku ekip. Nie miałoby to żadnego sensu.

Nasza dyscyplina ma jeszcze dodatkowy problem, związany z kibicami. Nie da się, wzorem na przykład piłki nożnej, zamknąć stadionu. Logistycznie niemal niemożliwym jest przecież zamknięcie drogi na dystansie powiedzmy 150 kilometrów i nie wypuszczenie na trasę żadnego człowieka. Zakaz wychodzenia z domów w kilkunastu miasteczkach czy wsiach, żeby kilku gości na rowerach mogło tamtędy przejechać, byłby przecież absurdem.

Inną kwestią jest, czy taka jazda w ogóle miałaby jakiekolwiek znaczenie? Sportowa rywalizacja to przede wszystkim walka o wygraną, ale też o sławę, docenienie, prestiż. Wyścig zupełnie bez kibiców moim zdaniem byłby bezwartościowy. Bez okrzyków, uderzenia w bandy na finiszu, tłumów na podjazdach, a nawet ludzi stojących przy drodze i machających do kolarzy flagami Polski z logo pewnego browaru, wyścigi kolarskie elity poza tempem nie różniłyby się znacząco od treningowych jazd w gronie drużyny.

Sport to przede wszystkim emocje, otoczka rywalizacji, doping dla zwycięzców, wsparcie przegranych. Bez kibiców na trasie, nie ma to moim zdaniem większego sensu. Podobnie jest na torze czy w MTB, gdzie w teorii można byłoby rozgrywać zawody bez kibiców. Tylko po co?

Ktoś powie, że przecież można obejrzeć wyścig w telewizji. I to prawda. Tylko patrząc np. na PŚ w biathlonie w Novym Meście, gdzie przecież co roku rywalizują kolarze górscy, na którym nie ma kibiców i słychać tylko odgłosy nart czy wystrzałów, zupełnie nie czuje się się atmosfery święta. Emocje jak w „Sanatorium miłości”…

W wywiadzie z jednym ze skrzypków przeczytałem kiedyś, że gdyby grał tylko dla siebie, w lesie, gdzie nikt nie może go usłyszeć, czułby się tak, jakby w ogóle z jego instrumentu nie wydobywał się żaden dźwięk. Wydaje mi się, że podobną analogię można zastosować również do kolarzy, albo sportowców zawodowych w ogóle. Bo czy jadąc w wyścigu, którego nikt nie zobaczy, nie jest się trochę jak ten skrzypek w lesie?

Wolałbym jednak odwołać wszystkie większe wyścigi, poczekać aż koronawirus wygaśnie i wrócić do normalności, ciesząc się jak dawniej ze sportowej rywalizacji. Rozumiem zobowiązania sponsorskie, promocyjne i zwykłą chęć kolarzy do robienia tego, co kochają. I może uda się znaleźć jakiś wariant pośredni, ale jeśli nie, to wyścigi „w bańce” mnie nie interesują.

To Top