Felietony

Polowanie na indyka

Greg LeMond

Świat sportu zna wiele powrotów, które wydawały się niemożliwe. Historie takie jak chociażby ta bliska nam, czyli Robert Kubica i jego comeback do Formuły 1, pokazują, że siła charakteru jest znacznie cenniejsza niż siła mięśni. Kolarstwo również ma swoje bohaterskie powroty, a jednego z nich dokonał Greg LeMond.

W czasie, gdy epidemia koronawirusa brutalnie wdarła się do kolarskiego świata, zagrażając uczestnikom wyścigu UAE Tour, w którym startowali między innymi Rafał Majka, Michał Gołaś i kolarze CCC Team, łatwo poddać się zbiorowej panice. Ja zawsze byłem fanem pozytywnego myślenia i lubiłem szukać oparcia w dających nadzieję historiach. A taką jest z pewnością powrót na rower Grega LeMonda.

Jego sukcesy znają wszyscy fani kolarstwa. Dwa tytuły mistrza świata, trzykrotne zwycięstwo w Tour de France, wiele innych, mniejszych triumfów. Nie wszyscy są jednak świadomi tego, że niewiele brakowało, tych sukcesów byłoby dużo mniej. Niewiele w tym wypadku oznacza 20 minut, bo tyle dzieliło go od śmierci.

W 1987 roku szykował się do obrony swojego pierwszego tytułu na Wielkiej Pętli. Już początek sezonu był kiepski, bo kolarz podczas jednego z wyścigów upadł i złamał sobie nadgarstek, przez co musiał wrócić do USA, gdzie przechodził regenerację. LeMond od zawsze był fanem spędzania wolnego czasu na powietrzu. Wędkarstwo czy polowania były jego hobby, więc postanowił wykorzystać swój wolny od jazdy na rowerze czas, by zapolować na indyka na należącej do jego ojca farmie.

Wybrał się tam z wujkiem i szwagrem. Panowie w pewnym momencie się rozdzielili, starając się zwiększyć swoje szanse. Kiedy szwagier kolarza usłyszał obok siebie ruch, uznał, że to indyk i strzelił. Niestety okazało się, że był to Greg LeMond, który dostał 60 granulek śrutu. Natychmiast wezwano helikopter medyczny, który szczęśliwym trafem był w miarę blisko i natychmiast przetransportowano go do kliniki uniwersyteckiej. Od razu poddano go operacji, ucierpiało prawe płuco, stracił 65% krwi. Lekarze stwierdzili, że 20 minut później wykrwawiłby się na śmierć.

Sytuacja została opanowana, niestety na krótko. Po czterech miesiącach, rozwinęła się niedrożność jelita cienkiego z powodu zrostów, które powstały po strzelaninie . Przeszedł kolejną operację w celu złagodzenia niedrożności i usunięcia zrostów. Wydawało się, że to koniec jego profesjonalnej kariery, w zasadzie już powrót do normalnego funkcjonowania byłby dla przeciętnego człowieka darem od losu. Dla LeMonda to jednak było za mało.

Kolarz poddał się leczeniu, ale obawiał się, że po drugiej operacji zostanie skreślony przez swój zespół. Zataił więc część medycznych szczegółów i wrócił na rower, informując na początku 1988 roku, że zamierza ponownie pojawić się w zawodowym peletonie. Jak się okazało, nadmierny pośpiech go zgubił. Wciąż miał w ciele 35 granulatów śrutu, w tym 3 w okolicach serca, a pięć w pobliżu wątroby. Starał się szybko nadrobić stracony czas, ale mocno odstawał od reszty. Nie miał wsparcia w szefostwie swojej ekipy PDM, które krytykowało go za brak profesjonalizmu. Na dodatek z powodu przetrenowania nabawił się zapalenia ścięgien, wymagającego operacji. Ponownie opuścił Tour de France, a po zakończeniu sezonu rozstał się z holenderską grupą.

Przeniósł się do belgijskiego zespołu ADR, ale nie wiązał z tym wielkich nadziei. Swojej żonie powiedział, że po Wielkiej Pętli zamierza zakończyć karierę. Powrót, mimo wielu poświęceń, nie okazał się udany i przyszło załamanie. Pierwsze starty w sezonie nie napawały optymizmem i LeMond coraz bardziej przekonywał się, że z ciałem podziurawionym niczym durszlak, ciężko jest wygrywać.

Pierwszym promyk nadziei pojawił się na Giro d’Italia. Tam nie potrafił nawiązać w górach walki z najlepszymi, ale dość nieoczekiwanie podczas etapu jazdy indywidualnej na czas znalazł się na drugiej pozycji. To dodało mu wiary, choć sam ostrożnie deklarował, że miejsce w czołowej „20” na koniec Tour de France byłoby spełnieniem jego marzeń. Byłoby to wielkie osiągnięcie, przy okazji udowadniające, że jego powrót do ścigania nie był aż tak nieudany, jak coraz częściej sugerowano.

Co było dalej? Jego walka o wygraną w Wielkiej Pętli z Laurentem Fignonem zapisała się w historii kolarstwa. Rok później obronił zresztą tytuł, w międzyczasie zdobywając złoty medal podczas mistrzostw świata w Chambery. Długie miesiące poświęceń, cierpień i upokorzeń nadrobił z nawiązką, zamykając usta wszystkim, którzy w niego zwątpili. Co prawda wycofał się z obietnicy złożonej żonie, że kończy karierę, ale myślę, że pani LeMond nie miała mu tego za złe.

Kolarz pokonał długą, pełną zakrętów drogę, która na początku wydawała się prowadzić donikąd. Sam tracił wiarę, chciał już kończyć, ale wytrwał i ponownie znalazł się na szczycie. Nie poddał się i nawet, gdyby nie udało mu się wygrać Tour de France, mógłby czuć się zwycięzcą.

Nie do końca wiadomo, jak ułożyły się jego kontakty ze szwagrem, ale polowania przestały być raczej ulubiony zajęciem amerykańskiego kolarza. Postawił na wędkarstwo muchowe. W 1991 roku został nawet rekordzistą świata, łapiąc prawie dwukilogramowego bassa małogębowego.

To Top