Polska

Michał Paluta: „W tym sporcie trzeba mieć również szczęście”

Michał Paluta
Michał Paluta / fot. CCC Team

Michał Paluta – aktualny mistrz Polski ma za sobą w sezonie 2020 dwa starty. Oglądaliśmy go w akcji podczas francuskich „etapówek”: Tour de La Provence (ProSeries) i Etoile de Besseges (2.1). 24-latek myślami wybiega jednak dalej – ku zbliżającym się imprezom w Belgii, a przede wszystkim – Tryptykowi Ardeńskiemu.

Pochodzący ze Strzelec Krajeńskich zawodnik dla szerszej kolarskiej publiki był do czerwca ubiegłego roku postacią niemal anonimową. Wszystko zmieniło się jednak po mistrzostwach Polski w Ostródzie, w trakcie których sięgnął dość niespodziewanie po złoty medal w wyścigu ze startu wspólnego. To prawdopodobnie ten przełomowy sukces przesądził o tym, że w roku olimpijskim Paluta reprezentuje już nie barwy rozwojowego CCC Development, a ekipy najwyższej dywizji – CCC Team.

Zdobycie przez Pana mistrzowskiego tytułu uznać można było za niespodziankę. Udaje się dostrzec jego konsekwencje?

Zdecydowanie. Złoty medal dodał mi pewności siebie i utwierdził w poczuciu, że wystarczy „robić swoje”, a sukcesy w końcu przyjdą. Bywały przecież wyścigi, w trakcie których czułem się mocniejszy, niż podczas mistrzostw Polski, a mimo to – kończyły się różnie. W tym sporcie, poza formą, trzeba również mieć szczęście. I ja je w czerwcu miałem. Wystarczyło przecież, żeby do naszej „medalowej” ucieczki (razem z Pawłem Cieślikiem i Mateuszem Taciakiem – przyp.red.) załapało się kilku szybszych zawodników i… byłoby ciężko. Na pewno wiedziałem jednak, że do walki o medale muszę być dobrze przygotowany, bo jeśli karty dobrze się ułożą to jest szansa wygrać.

Sukces w Ostródzie był Pana pierwszym w zawodowej karierze. Jak zaczęła się przygoda z kolarstwem?

– Mój dziadek miał sklep rowerowy w Strzelcach, przez co rowery jakoś od zawsze były mi bliskie. Lubiłem zresztą jeździć, od zawsze. Kiedy byłem w czwartej klasie szkoły podstawowej, mój nauczyciel WF, Rafał Chmiel, notabene – były kolarz, zorganizował kolarskie ligi szkolne, czyli wyścigi dla najmłodszych. Spodobało mi się to. Trafiłem do klubu LKS POM Strzelce Krajeńskie, pod opiekę Józefa Szymańskiego. Początkowo koncentrowałem się na przełajach, a o szosie w ogóle nie myślałem. Startować w tej specjalności zacząłem dopiero od juniora. Błyskawicznie pojawiły się pierwsze sukcesy – mistrzostwo Polski w jeździe indywidualnej na czas, udział w mistrzostwach Europy… Z czasem naprawdę mi się to spodobało, choć początki nie były łatwe.

Dlaczego?

Bardzo powoli przekonywałem się do szosy. Na wielu wyścigach nie odnajdowałem się w peletonie, bo przecież jazda w przełajach wygląda zupełnie inaczej. Problemem były też dla mnie wymagające podjazdy. Powoli to jednak „wchodziło w krew”.

Kariera szybko nabierała tempa.

Jako młodzieżowiec przeniosłem się do Pacificu Toruń, gdzie trafiłem pod skrzydła Leszka Szyszkowskiego. To tam tak naprawdę zacząłem poznawać zawodowe kolarstwo. Co prawda grupa miała status amatorski, ale organizacja stała na naprawdę wysokim poziomie. Przed sezonem 2015 dostałem od Piotra Wadeckiego propozycję przejścia do ówczesnego CCC Sprandi Polkowice. Tam jeździłem przez cztery lata i ukształtowałem się jako zawodnik.  Szybko zacząłem ścigać się z elitą, nie tylko w Polsce, ale również zagranicą. Zdobyłem sporo doświadczenia. Kiedy grupa trafiła do najwyższej dywizji, przed sezonem 2019 zostałem zawodnikiem CCC Development Team.

Mało kto o tym wie, ale w początkach swojej kariery ścigał się Pan również w Belgii.

Tak, kiedy jeszcze byłem juniorem, spędziłem tam dwie zimy. Belgijski sponsor zagwarantował mi wsparcie – oferował sprzęt i pomoc techniczną. Startowałem tam w przełajach i choć łatwo nie było, towarzyszyła mi niesamowita motywacja.  Byłem tam początkowo zupełnie sam, dopiero potem trafiłem pod skrzydła rodziny, która mnie „przygarnęła”. Dwukrotnie w samotności spędziłem święta Bożego Narodzenia. Teraz robię wszystko, żeby w tym czasie być w domu, ale wtedy kompletnie mi to nie przeszkadzało. W głowie miałem tylko jedno: ścigać się. 

Teraz też da się wyczuć Pańską sympatię do Beneluksu. Pytany o ulubione wyścigi, wskazuje Pan przecież klasyki Tryptyku Ardeńskiego.

W przyszłości chciałbym rozwijać się właśnie pod takim kątem. Obecnie jestem mocno uniwersalny. Staram się pracować nad swoimi słabymi stronami, ale z drugiej strony – trzeba robić to z głową, bo nie w każdej specjalności da się być najlepszym.

Tak czy inaczej: moja domena to teren, w którym nie radzą sobie już typowi sprinterzy.

A gdyby miał Pan wybrać jeden z wyścigów Tryptyku, w którym szczególnie chciałby Pan wystartować?

Amstel Gold Race. Choć, oczywiście – gdyby była taka opcja, wybrałbym wszystkie. W „Piwnym Wyścigu” startowałem już w 2017 roku. Jechałem w ucieczce i mogłem przez to doświadczyć go nieco mocniej, a na pewno – z lepszej perspektywy.

Czy zatem w tym roku pojawi się Pan w Ardenach?

Wstępnie są takie plany. Póki co skupiam się jednak na tym, by dobrze „wejść” w sezon. Przygotowania były mocniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej, bo już u jego progu chciałem być w dobrej formie. Zobaczymy, jak zareaguje mój organizm.

A dalsze plany na sezon 2020?

Póki co zbyt wiele nie mogę zdradzać. W marcu na pewno pojawią się w kalendarzu wyścigi belgijskie, rozmawialiśmy już o imprezach w Ardenach. Zobaczymy jednak, jak będzie to ostatecznie wyglądać. W maju we wstępnym kalendarzu mam wyścig dookoła Węgier. Pomyślimy też nad… większym wyścigiem etapowym, ale w tym przypadku – zobaczymy.

Rozmawiał Tomasz Czernich

To Top