Felietony

Z piekła na igrzyska

Często mówi się, że mistrzostwo zaczyna się w głowie. To trochę utarty slogan, przez wielu nieco lekceważony. Historie takie, jak ta Adriena Niyonshutiego pokazują jednak, że absolutnie niesłusznie, bo nawet nie mając nic poza marzeniami, można zostać zawodowym sportowcem i nieść flagę swojego kraju na igrzyskach. Kraju, w którym wymordowano całą swoją rodzinę.

Czytając znakomitą książkę „Najważniejszy wrzesień świata” Marka Rabija, opowiadającą o zupełnie niezauważonym ludobójstwie ludu Rohinga, zamieszkującego Birmę, a obecnie wypędzonego do Bangladeszu, przypomniałem sobie właśnie o Niyonshutim. Bo i on miał swój „wrzesień”, który co prawda przypadł o nieco innej porze roku i trwał niemal sto dni, ale kosztował życie, wedle szacunków ONZ, prawie miliona ludzi.

Dla każdego dziecka utrata kogoś bliskiego to wielka trauma. Często słyszymy o zawodnikach dedykujących swoje zwycięstwa zmarłemu rodzeństwu, rodzicom czy dziadkom. Komu swoje triumfy dedykował Kolarz z Rwandy, który w ludobójstwie w 1994 roku stracił sześciu braci i prawie sześćdziesięciu członków rodziny?

Jam opisuje, że miał szczęśliwe dzieciństwo, spędzone u boku sześciu braci na zabawach, grach i ciągłej rywalizacji. Sport, nawet kolarstwo, znajdowały się w jego rodzinie od zawsze. Niestety, kiedy kraj ogarnęło szaleństwo, a lud Hutu zaczął mordować Tutsi, to wszystko prysło. Adrien przeżył masakrę, ale musiał opuścić swój dom na wsi i schronić się na obrzeżach miasta. Wszystko co znał, odeszło do przeszłości wraz z niemal całą wymordowaną rodziną.

Jego wujek, który niestety również zginął, wcześniej uprawiał kolarstwo i właśnie od stanowił inspirację dla młodego Rwandyjczyka. Kolejną osobą stanowiącą dla niego wzór był świetny w przeszłości zawodnik i mocno kontrowersyjna postać Jonathan Boyer. To on założył Team Rwanda, podniósł całą dyscyplinę w tym kraju na zupełnie inny poziom i otworzył drzwi do kariery Niyonshutiemu. Czy dla Amerykanina była to ucieczka od swoich demonów i próba odkupienia win za stare grzechy? To już temat na inną opowieść.

Niyonshuti tymczasem bardzo szybko zaczął przebijać się do kontynentalnej czołówki, a w 2011 roku podpisał kontrakt z drużyną MTH Qhubeka. To właśnie z nią rozpoczął podróż po wyścigach na całym świecie. Dostał szansę startu w Giro del Trentino, Tour du Limousin czy Vuelta a Burgos. Pokazywał się tam na tyle dobrze, że przed startem sezonu 2016 podpisał kontrakt z Team Dimension Data. To był najważniejszy rok w jego karierze.

W nowej drużynie dostawał kolejne okazje, by sprawdzać się w starciach z najlepszymi na Tour de Suisse, Tour de Pologne, którego niestety nie ukończył czy Clasica San Sebastian. Głównym celem były jednak igrzyska w Rio de Janeiro, gdzie kolarz niósł flagę swojego kraju. Rwanda, cały czas zmagająca się z okropnościami wojny domowej, nie ma wielu sportowców na światowym poziomie i dla tego kraju każdy uczestnik igrzysk jest kimś wielkim. Tak właśnie poczuł się Niyonshuti. Może nie podbił olimpijskich tras, ale spełnił swoje marzenia i sprawił, że jego rodacy przynajmniej przez krótki moment mogli poczuć dumę. A to w Rwandzie przez ostatnie lata rzadkie uczucie.

“Sport, w moim wypadku kolarstwo, ma moc zmieniania życia. Dzięki niemu mogłem pozbyć się strachów z przeszłości i skupić się na swoich marzeniach. Kolarstwo pozwoliło mi uczcić moją rodzinę i założyć nową” – mówił rwandyjski kolarz w jednym z wywiadów po igrzyskach w Rio.

Sam zresztą założył kolarską akademię, żeby dzieciaki w jego kraju też mogły spełniać swoje marzenia. On nigdy nie był wielkim kolarzem, ot, jeden z wielu w peletonie. Jednak jak pisał w swojej książce Peter Sagan, każdy wyścig to setka zawodników i sto różnych historii. Ta opowiadana przez Adriena jest z pewnością warta tego, żeby kolportować ją dalej. I może być inspiracją dla setek tysięcy młodych ludzi, którzy nie ze swojej winy znaleźli się w jednej z wielu ziemskich wersji piekła.

W Polsce często narzeka się na system szkolenia, braki w sprzęcie czy problem z dowiezieniem dziecka na zawody. Oczywiście trzeba z tym walczyć, ale pamiętajmy, że nasz świat daje nam niezwykły komfort i znakomite warunki rozwoju, dla innych zupełnie niedostępne. I warto to docenić, dać z siebie wszystko i powalczyć o realizację marzeń. Bo to nie nowy kask i efektownie obklejony rower decyduje o tym, czy uda nam się przebić do zawodowego peletonu.

Jakub Kędzior

(fot. YouTube/MTN)

Dodaj komentarz

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

To Top