Felietony

Masa dobrych wyników i przebudzenie “Maniuto”. Podsumowujemy “polskie” otwarcie sezonu

Tomasz Marczyński

Analizując występy polskich zawodników w ostatnim tygodniu ciśnie się na usta jedno: oby pierwsze starty sezonu zawsze wyglądały podobnie, jak miało to miejsce tym razem.

“Naszych” w ciągu ostatnich tygodni oglądać mogliśmy dosłownie w każdym zakątku świata. Na Antypodach reprezentowali nas Łukasz Wiśniowski i Szymon Sajnok, w Ameryce Południowej – Maciej Bodnar i Paweł Poljański, zaś na ojczystym kontynencie – cała armada, na czele z tymi najważniejszymi – Rafałem Majką i Michałem Kwiatkowskim.

Jak wypadali w swoich występach Biało-Czerwoni? Trzeba powiedzieć uczciwie – więcej, niż przyzwoicie. Biorąc pod uwagę fakt, ze dla żadnego z nich starty na przełomie stycznia i lutego nie były celami samymi w sobie widać wyraźnie, że w większości przypadków forma na tym etapie sezonu się “zgadza”.

Australia “dała radę”

Wspomniany już “Wiśnia” z dobrej strony pokazał się podczas Cadel Evans Great Ocean Road Race, który ukończył na 20. pozycji. Wcześniej, w trakcie Tour Down Under był mniej widoczny, lecz jego rolą miało być przede wszystkim wsparcie Szymona Sajnoka. Szymona, który w całej tej optymistycznej wyliczance jest jedynym pechowcem. Poważna kraksa i wynikające z niej złamania wyłączyły go z występów na czas bliżej nieokreślony, a nawet na pierwszych etapach wyścigu w Australii widać było, że ze światowym topem sprinterów wciąż jeszcze nie może konkurować. I to nie jeżeli chodzi o samą, “surową” prędkość, ale bardziej – wyczucie chwili oraz odpowiednie pozycjonowanie.

Oczywiście, grzechem byłoby nie wspomnieć przy tej okazji o bardzo dobrym wyniku całego CCC Team na drugim końcu świata. Trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Tour Down Under dla Simona Geschke i koszulka “górala” Joey’a Rosskopffa powszechnie przyjęte zostały za sukces. Zwłaszcza, że ze składu w ostatniej chwili wypadł lider – Patrick Bevin.

Ameryka (nie taka) dzika

Swoje zrobili także dwaj Polacy, którzy w barwach BORA-hansgrohe rywalizowali w argentyńskim Vuelta a San Juan. Maciej Bodnar i Paweł Poljański byli istotnymi aktorami widowiska w Ameryce Południowej. Widowiska, cieszącego się wśród tamtejszych fanów wielkim zainteresowaniem, ale i nie pozbawionego nutki folkloru.

Rokrocznie bowiem etap jazdy indywidualnej na czas odbywa się tam bowiem na “zwykłych”, szosowych rowerach, co nieco ogranicza szanse typowych specjalistów w dziedzinie. Maciej Bodnar w tych niecodziennych warunkach poradził sobie jednak naprawdę nieźle, zajmując w trakcie “czasówki” szóste miejsce.

Nieco po cichu, ale dobrą robotę wykonał też Paweł Poljański. Mający pełnić rolę pomocnika dla nastawiającego się na walkę w “generalce” Matteo Fabbro pokazał 24-letniemu Włochowi na stokach Alto Colorado, że jednak potrzebuje jeszcze trochę pracy, by radzić sobie w tak trudnym terenie. Ukończył królewski etap najwyżej z drużyny (był 14.), a cały wyścig o jedno “oczko” wyżej.

Europejskie (małe sukcesy)

Gros naszych zawodników swoje umiejętności prezentowało jednak nie na innych kontynentach, a w ojczystej Europie. W akcji oglądaliśmy zarówno całą armadę CCC Team, nasze dwa “towary eksportowe” – Rafała Majkę (BORA-hansgrohe) oraz Michała Kwiatkowskiego (Team Ineos), jak i jeszcze jednego bohatera, o którym więcej w osobnym akapicie.

Począwszy od imprez zaliczanych do cyklu Challenge Mallorca, mieliśmy duże powody do radości związane z dobrą inauguracją sezonu w wykonaniu “Zgreda”. Kolarz z Zegartowic, który wpadł na wyspę tylko na moment, sprawdził “nogę” i wyjechał na zgrupowanie do Sierra Nevada w samym środku planu treningowego zajmował w najtrudniejszych wyścigach 16. i 17. miejsce, w dodatku mimo dość pechowego ich przebiegu. Nie dało się oprzeć wrażeniu, że gdyby Rafał się “zagiął”, mogłoby być jeszcze lepiej. Ale nie miało to sensu, bo o wynik dla niemieckiej drużyny walczyli inni – Emmanuel Buchmann czy Gregor Muehlberger.

Sporo radości dali nam w ostatnim tygodniu zawodnicy CCC Team, którzy prezentowali swoje umiejętności zarówno podczas zaliczanego do ProSeries Volta a la Comunidad Valenciana (choć tu akurat bez Biało-Czerwonych w składzie), jak i mającego kategorię 2.1 Etoile de Besseges. Druga z wymienionych imprez była popisem Kamila Małeckiego. 24-latek, który dołączył do World Touru z ekipy rozwojowej zajął po ucieczce na przedostatnim etapie trzecie miejsce, a dzień później, podczas jazdy indywidualnej na czas był 10. W tym samym wyścigu o etapowy skalp otarł się Gregor Zimmermann, który zajął drugie miejsce na 3. odcinku.

We Wspólnocie Walenckiej swoje możliwości sprawdzał z kolei Greg van Avermaet, który “w bonusie” mógł również przećwiczyć współpracę z Matteo Trentinem przed północnymi klasykami. Wnioski? Jest nieźle. Wciąż aktualny mistrz olimpijski na trudnym, sztywnym finiszu drugiego dnia zmagań stracił tylko pięć sekund do najbardziej eksplozywnych “górali” stawki, a na “królewskim” odcinku dwa dni później ruszył w ucieczkę dnia i dogoniony został jako ostatni – niespełna trzy kilometry przed metą.

W rozmowach z rodzimymi mediami 34-latek podkreślał, że czuje progres jeżeli chodzi o jazdę w górach. Wybiegał też myślami ku igrzyskom w Tokio twierdząc, że być może nie będzie tam stać na straconej pozycji. Mimo wszystko – wydaje się że na tak daleko idące wnioski jest za wcześnie.

Czysto treningowo w Volta a la Comunidad Valenciana pojechał Michał Kwiatkowski. Widać było wyraźnie, że “Kwiato” stara się zwyczajnie czerpać radość z jazdy, a wyniki przez niego osiągane mają znaczenie drugorzędne. Stąd zapewne próba szarży tuż przed metą trzeciego, sprinterskiego odcinka. Być może zbliżający się Volta ao Algarve potraktuje już nieco bardziej poważnie, choć rezultatów wymagać będziemy mogli od niego dopiero podczas imprez pokroju Strade Bianche.

Przebudzenie “Maniuto”

Na deser zostawiłem sobie tego, który na początku sezonu zrobił na mnie największe wrażenie – Tomasza Marczyńskiego. Nasz rutyniarz (6 marca skończy już 36 lat!) od dłuższego czasu po prostu bawi się kolarstwem, a w 2020 roku robi to jak na razie wyjątkowo dobrze. Pierwszym błyskiem w jego wykonaniu był Pollença – Andratx (jeden z wyścigów Challenge Mallorca), który ukończył na rewelacyjnym, szóstym miejscu. Już wtedy zapalić mogła się lampka “kurczę, jest dobrze!”.

Swoją dobrą dyspozycję “Maniek” potwierdził podczas Volta a la Comunidad Valenciana. W swojej (niemal rodzinnej) Hiszpanii, gdzieś po cichu ukończył wyścig na 23. miejscu w klasyfikacji generalnej, będąc drugim najlepszym zawodnikiem swojej ekipy po Sanderze Armee. Jeżeli tak się to wszystko zaczyna, to… w kolejnych tygodniach może być naprawdę ciekawie!

(fot. Cycling.Photography / Lotto Soudal)

Dodaj komentarz

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Popularne

To Top