Świat

Pechowy jak… Elia Viviani

Elia Viviani nie będzie najlepiej wspominać pierwszych dni startowych w barwach Cofidisu. Włoch, który przeszedł do francuskiej formacji z Deceuninck – Quick Step zdążył już pogubić się w sprincie, przegrać o włos z zawodnikiem, który trafił do drużyny na jego miejsce oraz… rozbić się w kraksie.

Aktualny mistrz Europy, dla którego 2019 roku był bez wątpienia znakomity, zdecydował się na zmianę otoczenia. Motywacji, stojących za dołączeniem do Cofidisu dokładnie nie znamy, lecz nietrudno się domyślić, że były nią pieniądze. Szef Deceuninck – Quick Step, Patrick Lefevere podkreślał wielokrotnie, że nie stać go na utrzymanie całej swojej plejady gwiazd i musi godzić się z tym, że mogą one odejść tam, gdzie płacą lepiej.

W teorii można było uznać przenosiny Elii za dobry ruch – w nowej ekipie miał być niekwestionowaną gwiazdą i jedynym sprinterem zaliczanym do absolutnego topu. Obu tych rzeczy nie doświadczał w belgijskiej drużynie – tam na finiszach walczyć mogli również chociażby Alvaro Hodeg i Fabio Jakobsen, a choćby stawał na rzęsach, Viviani nie miał szans, by strącić z piedestału Juliana Alaphilippe’a. Jednocześnie, zmiana otoczenia wiązała się też ze sporym ryzykiem. Największym był fakt, że Włoch tracił niemal w komplecie znakomity pociąg sprinterski z którym dotąd pracował (wraz z nim do Cofidisu trafił tylko Fabio Sabatini), co znacząco utrudniać mu mogło walkę w imprezach z najmocniejszą obsadą.

Starszy z braci Viviani doświadczył tego boleśnie podczas pierwszego etapu Santos Tour Down Under, który padł łupem Sama Bennetta. Irlandczyk zrobił to, co Elia do tej pory: wykończył perfekcyjną pracę kolegów z ekipy. Włoch w rozmowach na mecie przyznawał kurtuazyjnie, że „zdawał sobie sprawę z przewagi Deceuninck – Quick Step”, a „rywalizacja taka jest dla Cofidisu cennym doświadczeniem”.Gorzką pigułkę musiał przełknąć również podczas poprzedzającego etapówkę World Touru Schwalbe Classic, gdzie zajął drugie miejsce, przegrywając jedynie z Calebem Ewanem. Jakby tego było mało, podium tej imprezy uzupełnił jego kolega z drużyny (i toru) – Simone Consonni, co obudziło u ekspertów dyskusje na temat tego, czy aby pozycja Vivianiego jest tak mocna, jak mogłoby się wydawać.

Już te dwa fakty mogłyby lekko nadwątlić pewność siebie niejednego zawodnika, lecz los uznał, że dla Vivianiego takie próby to nadal za mało. Postanowił mu więc „dołożyć” kraksę na finałowych kilometrach drugiego etapu Tour Down Under. Upadek sprintera musiał być bardzo bolesny – na zdjęciach wyraźnie widać było, że szorował po asfalcie – i choć nie wyniknęły z niego (na szczęście) żadne poważne obrażenia, mógł już 30-latka poważnie podłamać.

Kiedy pech Vivianiego się skończy? To zapewne chciałby wiedzieć on sam. Póki co musi zdecydować, czy będzie w stanie dalej ścigać się w Australii. Decyzja ma zapaść przed trzecim etapem.

(fot. Twitter/Elia Viviani)

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment Login

Zostaw Komentarz

To Top