Świat

Amerykańska gorączka złota

Quinn Simmons
Quinn Simmons

W kraju dolara i hamburgerów kolarstwo przeszło drogę od chwały z czasów LeMonda i Armstronga, przez pokładanie nadziei w Tejaya Van Garderena, aż po upadki najważniejszych krajowych wyścigów. Czy oblicze tego sportu odmieni grupa młodych zawodników szturmujących zawodowy peleton?

Kolarstwo to sport w zasadzie stosunkowo łatwy, bo w gruncie rzeczy chodzi przecież o to by jak najszybciej i w jak najkrótszym czasie przejechać od startu do mety. Pewne komplikacje zaczynają się kiedy zgłębimy się w meandry taktycznych rozwiązań (zwłaszcza tych w wykonaniu Movistaru) albo w momencie, gdy ktoś na metę przyjechał 154., a i tak jest liderem. W USA, gdzie sport musi być dynamiczny i pełen akcji, bo inaczej nie przyciągałby tłumów przed telewizory, kolarstwo przechodziło ciężki okres w pierwszych dwóch dekadach XXI wieku, a powodów do tego było co najmniej kilka.

Przełom wieków to moment ogromnej prosperity dla zawodowego kolarstwa w Stanach. Niezależnie od wspomnianych taktycznych zagwozdek finalnie i tak w żółtym trykocie na Pola Elizejskie wjeżdżał Lance Armstrong. Niepodzielny, niepodważalny, w stylu hollywoodzkiej gwiazdy będąc jednocześnie local hero który pokonał nowotwór – wielki bohater na miarę wielkiej Ameryki. Pierwsze zwątpienie nastąpiło w 2005 kiedy „Boss” zakończył zawodową karierę, a na horyzoncie trzeba było się rozglądać za nowym idolem który w lipcu ściągnie tłumy przed telewizory. Czekanie nie trwało jednak aż tak długo, bo 12 miesięcy od ̶s̶u̶k̶c̶e̶s̶u̶ ̶I̶v̶a̶n̶a̶ ̶B̶a̶s̶s̶o̶ ̶w̶ ̶2̶0̶0̶5̶ ̶r̶o̶k̶u̶ siódmego triumfu Lance’a Armstronga w Paryżu w żółtej koszulce zameldował się Floyd Landis. Historia nabierała coraz fajniejszych kształtów, bo przecież to pomocnik wielkiego Lance’a, który bez problemów wszedł w jego buty, a do tego mormon i generalnie fajny chłopak. 2007 rok to pudło Levi’ego Leipheimera i wydawało się wciąż, że w amerykańskim kolarstwie wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Oczywiście każdy z wyżej wymienionych został tych wyników pozbawiony i nie ma sensu kolejny raz przypominać całej historii. Stało się jasne, że wielkie sukcesy nie były osiągnięte uczciwą drogą, a sport zniechęcił do siebie ogromne rzesze ludzi którzy nie widzieli w tym uczciwej rywalizacji. Nie oznaczało to oczywiście, że kolarstwo w Stanach zupełnie upadło, niemniej jasnym było, że walka o powrót do dawnego blasku będzie znacznie trudniejsza niż zdobycie powyższych sukcesów, bo stawką były nie tylko triumfy na wyścigach, a być może przede wszystkim – odzyskanie wizerunku.

Paradoksalnie wcale nie przyczyniło się to do drastycznego odwrotu w przypadku tych osób które w tym sporcie już były. Dość powiedzieć, że licencję wydawaną przez Amerykański Związek Kolarski w 2012 roku posiadało blisko 65 tysięcy ludzi, nie brakowało wyścigów, nie brakowało ekip zawodowych. To był jednak szczyt i od tego czasu zaczął się regres, zarówno jeśli spojrzymy na członkostwo pod kątem posiadanych licencji, ale także rozpoczęły się coraz większe problemy organizatorów wyścigów i dyrektorów sportowych ekip zawodowych. Przełożyło się to także na wyniki, bo od czasów Armstronga, Landisa i Leipheimera najlepszym osiągnięciem kolarzy zza oceanu było dwukrotnie 5. miejsce Tejaya van Garderena, a to, umówmy się, nie przyciąga tłumów przed telewizory.

Spory problem pojawił się jesienią 2018 roku, kiedy to w odstępie zaledwie kilku tygodniu wycofanie z kolarstwa ogłosiły ekipy Jelly Belly-Maxxis, zarówno męska, jak i damska grupa UnitedHealthcare , kanadyjski team Silber Pro Cycling, a po zaledwie roku na szczeblu Pro Continental regres o dywizję niżej zaliczył team Holowesko-Citadel. Brak lokalnych drużyn poskutkował również tym, że organizatorzy wyścigów nie bardzo mieli kogo zaprosić do ścigania i finalnie postanowili odwołać zaplanowane wyścigi lub całkowicie wycofać się z tworzenia aren gotowych przyjąć zawodowych kolarzy. Tym sposobem w ciągu kilku lat z kalendarza zniknęły Tour of Alberta, USA Pro Challenge czy mający ponad 30 edycji klasyk w Filadelfii, a nie tak dawno ogłoszono również, że w 2020 roku nie odbędzie również największy wyścig w Ameryce Północnej, czyli Tour of California. Liczbowo wygląda to tak, że na początku mijającego dziesięciolecia w amerykańskim kalendarzu znajdowało się łącznie niemal 50 wyścigów na różnych szczeblach, a 2 lata temu ta liczba spadła do 20 zawodów zaliczanych do cyklu Pro Road Tour.

Problemy organizatorów wyścigów, jak można się domyślić, wynikają z powodów finansowych. Wielu sponsorów woli rzucić dolarem w kierunku imprez amatorskich i choć powodów takiego zachowania jest kilka to moim zdaniem najważniejsze są jednak dwa – pewniejszy zwrot zainwestowanych pieniędzy i bliższy kontakt z „klientem”, którym jest startujący w takich wyścigach jak Gran Fondo New York, Leadville 100 czy Dirty Kanza. Aspekt finansowy jest dosyć łatwy do policzenia – niech „startowe” kosztuje 100 dolarów i zostanie sprzedanych 3000 pakietów, a to razem da nam 300.000 „zielonych”. Oczywiście to mocno uproszczona matematyka biznesowa, jednak pieniądz poniekąd zwraca się już w momencie ruszenia zawodników z linii startu, a wpływy wynikające z samego marketingu w takich imprezach mogą być porównywalne z ściganiem się zawodowców. Drugą kwestią jest to, że stanie przy drodze w oczekiwaniu na kolarzy którzy pojawią się przed oczami na kilka sekund „nie grzeje” amerykańskiej publiczności – stąd ogromna popularność imprez dla amatorów, bo można po prostu być widowiskiem, a nie obok widowiska. Warto jeszcze wspomnieć o Tour Trackerze, który nam, europejskim sympatykom kolarstwa, znacznie ułatwia śledzenie ścigania za oceanem, a tamtejszego kibica nieszczególnie wyciąga z domu na trasę.

New Lance Armstrong – work in progress”?

W ostatnich 2-3 latach możemy jednak zaobserwować wysyp młodych, zdolnych amerykańskich kolarzy, którzy mimo wciąż trwających problemów zarówno ekip zawodowych, jak i organizatorów wyścigów, pozwalają powoli snuć plany o powrocie do dawnej, nadszarpniętej sławy i potęgi.

View this post on Instagram

?? CHAMPION OF THE WORLD ?

A post shared by Quinn Simmons (@skin.quimmons) on

Pierwszym wartym uwagi zawodnikiem jest najmłodszy z tych których chciałbym wymienić. Quinn Simmons to osiemnastolatek, który podpisał kontrakt z worldtourową ekipą Trek-Segafredo. 2018 rok w wykonaniu Simmonsa to przede wszystkim mistrzostwo USA w wyścigu ze startu wspólnego juniorów, ale ubiegły sezon to prawdziwa eksplozja formy zawodnika urodzonego w Durango w stanie Kolorado. Wczesną wiosną 2019 roku Amerykanin wygrał w świetnym stylu juniorskie Gent-Wevelgem, gdzie w pokonanym polu zostawił m. in. trójkę Brytyjczyków, a kilka tygodni później zdominował holenderski wyścig SPIE Internationale Juniorendriedaagse, gdzie wygrał 3 z 4 etapów i klasyfikację generalną. Następnie dołożył wygraną czasówkę podczas Tour du Pays de Vaud i ponownie triumf w mistrzostwach USA – tym razem w jeździe indywidualnej na czas, aż we wrześniu forma Simmonsa poszła jeszcze wyżej. Na przestrzeni 4 tygodni nowy nabytek ekipy Luki Guercileny wygrał dwa etapy i generalkę Grand Prix Rüebliland oraz etap i klasyfikację generalną Kaizer des Juniores, a w obu tych wyścigach na żadnym z etapów nie spadł z podium. Wisienką na torcie były mistrzostwa świata w Yorkshire, gdzie zajął 4. miejsce w czasówce (najgorszy pojedynczy wynik na przestrzeni 9 startów!) i wygrał wyścig ze startu wspólnego zdobywając tęczową koszulkę wśród juniorów. Zrobił to, a jakże, na solo, a dodatkowo sprint o brązowy medal zdobył jego rodak Magnus Sheffield.

View this post on Instagram

“So fresh and so clean” ?: @sigfrid_eggers

A post shared by Ian Garrison (@ian_garrison) on

Kolejnym zawodnikiem który dołączył do ekipy World Tour jest Ian Garrison, który podpisał kontrakt z Deceuninck-Quick Step. W tym przypadku przejrzenie wyników nie robi tak ogromnego wrażenia jak w przypadku Simmonsa, ale nie oznacza to jednak, że Garrison wartościowych rezultatów, jak i zwycięstw, na koncie nie ma. W 2016 roku stanął na pudle prestiżowego, juniorskiego wyścigu Trofeo Karlsberg i zdobył w Dausze brązowy medal wśród juniorów w jeździe indywidualnej na czas. Kolejny sezon to pierwsze ściganie wśród orlików i zaczęło się całkiem obiecująco od 2. miejsca w Gent-Wevelgem, a w kolejnych miesiącach wartościowym rezultatem było m. in. miejsce w czołowej dziesiątce Tour de Beauce i dodać należy, że osiągnięte już w „dorosłym” peletonie. W 2018 i 2019 młody Amerykanin upodobał sobie wyścig Le Triptyque des Monts et Châteaux, gdzie w minionych dwóch sezonach był odpowiednio 4. oraz 2, ale najbardziej wartościowe rezultaty przyszły dopiero latem i podczas mistrzostw świata w Wielkiej Brytanii. Najpierw Garrison zdobył złote medale w mistrzostwach USA w jeździe na czas zarówno wśród orlików, jak i w elicie, a we wrześniu w Harrogate w czasówce zdobył srebrny medal przegrywając z Duńczykiem Mikkelem Bjergiem.

Neilson Powless jest nieco starszy niż wyżej wymieniona dwójka i jego nazwisko możemy już całkiem dobrze kojarzyć. Pochodzący z kalifornijskiego Roseville na szerokie wody wypłynął w 2016 roku, kiedy to jeszcze w barwach Axeon Hagen Bermans miał świetną pierwszą część sezonu – wygrana w Joe Martin Stage Race, 12. miejsce w Tour of the Gila i 9. miejsce w Amgen Tour of California. Druga połowa roku to wygrane czasówki podczas Tour de Beauce, Tour de l’Avenir oraz wygrana w drużynówce podczas holenderskiego Olympia’s Tour, a w trakcie kolejnych dwunastu miesięcy tylko potwierdził spory potencjał – wygrane etapy podczas Le Triptyque des Monts et Châteaux i Giro Ciclistico d’Italia, mistrzostwo USA wśród orlików w jeździe na czas, wygrany klasyk GP Palio del Recioto, a do tego miejsca w TOP10 chociażby podczas Ronde van Vlaanderen i Liege-Bastogne-Liege dla orlików. W tym samym sezonie Powless potrafił zdobyć medale w krajowym czempionacie w elicie w obu konkurencjach, a do tego w wymagającym Tour of Utah uplasował się tuż za podium. To wszystko zaowocowało kontraktem z LottoNL-Jumbo/Jumbo-Visma, a na przestrzeni ostatnich 2 lat już w żółto-czarnych koszulkach Amerykanin był m. in. 7. w Tour of Britain, 7. w Volta ao Algarve, znów dwa medale w mistrzostwach USA oraz zadebiutował w hiszpańskiej Vuelcie. Od tego roku 23-letni zawodnik będzie jeździć w barwach EF Pro Cycling i wydaje się, że transfer pod skrzydła Jonathana Vaugtersa to doskonały ruch w kierunku dalszego rozwoju.

Wyścig Pokoju juniorów, Trofeo Karlsberg, Tour de l’Abitibi, mistrzostwa świata juniorów w jeździe indywidualnej na czas w Dausze – to tylko zwycięstwa jakie zdobył w latach 2015-2016 Brandon McNulty. W barwach Rally Cycling młody Amerykanin notował jednak znacznie więcej ciekawych wyników, a mimo stracenia niemal połowy 2017 roku zdołał i tak zdobyć w mistrzostwach USA w czasówce orlików, zająć 3 miejsce w Tour de Alsace i zdobyć medal na światowym czempionacie w Bergen w jeździe indywidualnej na czas do lat 23. Minione dwa lata McNulty spędził na „otrzaskaniu” się z realiami dorosłego peletonu, ale mimo to potrafił kilka razy błysnąć meldując się ponownie na 3. miejscu w Tour de Alsace, 7. miejscu w Tour of California, 9. w Tour of Oman czy wygrywając Giro di Sicilia. Rok 2019 zwieńczył medalem w czasówce orlików w Yorkshire i kontraktem z UAE-Team Emirates. Jak zaprezentuje się zawodnik pochodzący ze stolicy Arizony w nowych barwach będziemy mogli przekonać się już całkiem niedługo, bo jak podaje portal Pro Cycling Stats urodzony w Phoenix McNulty ma stanąć na starcie Vuelta a San Juan.

Najstarszym w całej armii potencjalnych amerykańskich gwiazd jest Sepp Kuss. Zawodnik Jumbo-Visma, pochodzący z Durango (jak wspomniany wyżej Simmons) pierwszy raz dał się poznać szerszej publiczności w 2016 roku, kiedy to na wymagającym etapie z metą na Mont Megantic wygrał drugi odcinek Tour de Beauce, a w klasyfikacji końcowej uplasował się na 6. miejscu. Kolejny sezon spędził w barwach Rally Cycling i zaliczył całkiem udaną kampanię w północnoamerykańskich wyścigach notując miejsca w czołowej dziesiątce m. in. podczas Tour of the Gila, Tour of Utah, Colorado Classic czy Tour of Alberta. Zwłaszcza w ostatnim z tych wyścigów pojechał świetnie, gdzie finalnie musiał uznać wyższość tylko kolegi z ekipy, Evana Huffmana. Tak udany sezon nie mógł umknąć nikomu w Europie i od kolejnego roku oglądaliśmy Kussa w żółtoczarnych koszulkach LottoNL-Jumbo, gdzie jednak początki nie były aż tak spektakularne jak dotychczasowe rezultaty. Po kilku miesiącach aklimatyzacji w nowym otoczeniu Amerykanin jednak pokazał znów to z czego zasłynął w Stanach, czyli świetnej jazdy po górach, a że Tour of Utah przebiega właśnie w takim terenie to Kuss zgarnął 3 etapy i klasyfikację generalną, tuż przed debiutem w hiszpańskiej Vuelcie. Miniony sezon to debiut w Giro d’Italia i drugi start w hiszpańskim GrandTourze, gdzie w niesamowitym stylu pokonał rywali na podjeździe pod Santuario del Acebo zdobywając najważniejszy triumf w swojej zawodowej karierze, a przewaga była na tyle duża i bezpieczna, że sukces mógł celebrować zbijając piątki z kibicami.

Wyżej wymieniona piątka to tylko garstka tych którzy wyróżnili się w największym stopniu w minionych latach. Amerykanie mają w swoim arsenale jeszcze takich zawodników jak Matteo Jorgenson, który w tym sezonie będzie jeździł w barwach Movistaru, Keegana Swirbula (2. miejsce w Tour de Langkawi i kilka czołowych lokat w północnoamerykańskich wyścigach), Alexa Hoehna (m. in. 2 w Tour of the Gila i 3. w Joe Martin Stage Race) czy ścigających się w barwach EF Pro Cycling Seana Bennetta i Logana Owena, a w barwach CCC Team jest jeszcze Will Barta. Żaden z wspomnianych w tekście zawodników nie przekroczył 25-ego roku życia, więc praktycznie cała zawodowa kariera przed nimi.

Wszyscy wspomniani zawodnicy są rozrzuceni po różnych ekipach, a wielu ekspertów w USA wskazuje jako największy problem całego kolarstwa w Stanach brak mocnej, typowo amerykańskiej drużyny. Oczywiście nie jest tak prosto, że wystarczyłoby zebrać Kussa,Powlessa, McNulty’ego i resztę do jednej grupy i będzie gwarantowany sukces, ale być może jest to odpowiedni moment by przy takim wysypie talentów spróbować skomponować coś na wzór US Postal, gdzie swoją cegiełkę do triumfów Armstronga dokładali George Hincapie, Frankie Andreu, Kevin Livingston, Tyler Hamilton czy Christian Vande Velde.

Jakub Szymański

(fot. Yorkshire2019)

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment Login

Zostaw Komentarz

To Top