Felietony

Kiedy ze sceny zejść? Najciekawsi “emeryci” sezonu 2019

31 grudnia to oficjalnie dzień w którym wielu zawodników finalnie odwiesza rower na hak w garażu (albo i sypialni, kto ich tam wie). Jak donosi portal procyclingstats.com łącznie na taki ruch w roku 2019 zdecydowało się ponad 130 kolarzy. Postanowiłem subiektywnie wybrać tych których mi w przyszłym roku zabraknie najbardziej.

Takich już (prawie) nie ma

Co jakiś czas wraca na tapet dyskusja o tym, że potrzebujemy coraz to wymyślniejszych sposobów na urozmaicenie rywalizacji w wyścigach, a organizatorzy poniekąd wychodzą naprzeciw tym oczekiwaniom. W ten sposób chociażby sławę i niemalże miano kolejnego „monumentu” zyskał wyścig Strade Bianche, a na Tour de France co jakiś czas „odkurzane” są bruki znane z wiosennej gonitwy w kierunku welodromu w Roubaix. Niektórzy z tych których poniżej wymienię pamiętają z młodzieńczych lat starty z Andreą Tafim (tak tak, tym który nie tak dawno szukał ekipy by znów wrócić do rywalizacji na brukach) oraz mają na swoim koncie starty w błotnistych edycjach „Piekła Północy” czy Ronde van Vlaanderen. Kto łączy erę pomiarów mocy z erą „mocy” i jazdy ramię w ramię m. in. z Lancem Armstrongiem w czasach, gdy Amerykanin wciąż figurował jako siedmiokrotny triumfator Wielkiej Pętli, a o trudności Tour de France nie decydowało kilka dodatkowych kilometrów kostki brukowej?

Daniele Bennati

Włoch w trakcie swojej bogatej, osiemnastoletniej kariery niemal przez cały czas był zawodnikiem czołowych drużyn w peletonie. Co ciekawe, jednym z jego pierwszych sukcesów było zwycięstwo na 3. etapie Tour de Pologne w 2003 roku, a w latach 2005-2006 dołożył jeszcze cztery etapowe skalpy w najważniejszym polskim wyścigu.

Daniele Bennati
Daniele Bennati / fot. Movistar Team

W szczycie swojej sprinterskiej dyspozycji Bennati był zawodnikiem z absolutnego topu. Kiedy triumfował w walce na kresce podczas Tour de France, Giro d’Italia i hiszpańskiej Vuelty w pokonanym polu zostawiał m. in. Erika Zabela, Thora Hushovda, Alessandro Pettacchiego czy Robbie McEwena, a w momencie gdy „Pantera” przestał być konkurencyjny w walce na ostatnich metrach nie miał problemów z dostosowaniem się do zmieniających się realiów i zupełnie innej roli w peletonie.

W 2013 roku drogi Daniele Benattiego skrzyżowały się w jednej ekipie z Peterem Saganem i od tego momentu doświadczony Włoch był jednym z najważniejszych pomocników w składzie ekipy kojarzonej z Olegiem Tinkovem. Choć sukcesów było na koncie Włocha już zdecydowanie mniej, to wciąż potrafił pokazać sprinterski pazur, a to w połączeniu z ogromnym doświadczeniem dało mu piękne zwycięstwo nad Madsem Wurtzem Schmidtem w Tour of Denmark w 2016. Kilka tygodni później Benatti zwyciężył w Giro della Toscana i tym samym domknął listę 52. zawodowych sukcesów.

Stijn Devolder

Żeby porozmawiać o sukcesach Devoldera trzeba sięgnąć pamięcią aż do końcówki pierwszej dekady XXI wieku. Wówczas to Belg w odstępie 364 dni dwukrotnie triumfował w Ronde van Vlaanderen i w obu przypadkach odnosząc to w sposób spektakularny – samotnie dojeżdżając do mety ku uciesze wiwatujących rodaków. Można powiedzieć, że zawodnik reprezentujący jeszcze (przynajmniej oficjalnie) barwy ekipy Corendon-Circus upodobał sobie „parowanie” swoich sukcesów. Tour of Belgium? Proszę bardzo, również dwa razy – w 2008 i 2010 roku. Mistrzostwo Belgii na czas? W 2008 i 2010 nikt nie był szybszy w samotnej jeździe od Devoldera.

Żeby „teorię par Devoldera” jeszcze bardziej uwiarygodnić dodam, że w 2010 roku jadąc w barwach RadioShack-Leopard został podwójnym mistrzem Belgii, bo do wspomnianej czasówki dołożył także triumf w wyścigu ze startu wspólnego. Rywalizacja w krajowym czempionacie to także coś w czym były zawodnik takich ekip jak Vacansoleil czy Quickstep-Innergetic się wyspecjalizował, bo takich sukcesów ma na koncie aż trzy, a to czyni go drugim najbardziej utytułowanym Belgiem w historii.

Minione niemal 10 lat kariery Devoldera to jednak w głównej mierze praca poświęcona na rzecz liderów. Belg przyłożył swoją rękę do dwóch zwycięstw Fabiana Cancellary we „Flandryjskiej Piękności”, a chociażby w tym roku także był w składzie ekipy Corendon-Circus podczas Amstel Gold Race i niesamowitego zwycięstwa Mathieu van der Poela.

Steve Cummings

Brytyjczyk jest zdecydowanie mniej utytułowany od wyżej wymienionych zawodników, ale mogę śmiało powiedzieć, że jest jednym z tych co do których mam największą słabość, a jego brak w peletonie będzie z biegiem czasu pewnie bardziej odczuwalny niż nam się dziś wydaje. Słynący z agresywnej jazdy, polowania na etapowe skalpy po skutecznych ucieczkach, pałętający się w ogonie peletonu wbrew oczekiwaniom dyrektorów sportowych swoich ekip – taki w dużym skrócie był „Stevo”.

Zanim jednak Cummings rozpoczął ściganie w belgijskim Landbouwkrediet w 2005 roku, podobnie jak wielu z jego rodaków, odnosił sukcesy na torze. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Atenach wraz z m. in. Bradleyem Wigginsem zdobył srebrny medal w wyścigu na 3000m na dochodzenie, a rok później zdobył złoto podczas torowych mistrzostw świata. Pierwsze sukcesy na szosie przyszły dopiero w 2008 roku w barwach ekipy Barloworld, gdzie w tym samym czasie znajdowali się także Geraint Thomas czy Chris Froome. Szerszej publiczności Brytyjczyk pokazał się w 2011 roku, kiedy u progu nowego sezonu triumfował na wymagającej wspinaczce pod Alto de Malhao podczas Volta ao Algarve, a w pokonanym polu zostawił Tejaya van Garderena, Alberto Contadora (choć oficjalnie Hiszpana tam nie było), Tony’ego Martina i Reina Taaramae.

Steve Cummings

Triumf w Portugalii to był jedyny sukces Cummingsa w barwach Team Sky i wydawało się, że gdy zmienił otoczenie i przeniósł się do ekipy BMC to kolejne triumfy przyjdą znacznie łatwiej. Już w trakcie pierwszego sezonu pod skrzydłami Jima Ochowicza wygrał etap hiszpańskiej Vuelty i wieńczącego sezon wyścigu Tour of Beijing (pamiętacie ten potworek jeszcze?), ale jak sam przyznawał w wywiadach – w BMC mu się niezbyt podobało, a to doprowadziło do tego, że w 2015 roku trafił do prokontynentalnej wówczas ekipy MTN-Qhubeka.

Drużyna z Republiki Południowej Afryki okazała się być „ziemią obiecaną” dla Cummingsa. Już w pierwszym starcie w nowych barwach Brytyjczyk zanotował zwycięstwo w Trofeo Andratx, gdzie w pokonanym polu zostawił samego Alejandro Valverde. Najważniejszy sukces przyszedł jednak niecałe pół roku później, kiedy w Mende po fenomenalnej jeździe zostawił za swoimi plecami kolejno Thibaut Pinota, Romaina Bardeta, Rigoberto Urana oraz Petera Sagana. Kolejne sukcesy wyglądały dość podobnie – zabrane się w odjazd i walka do samej kreski o sukces, a najbardziej spektakularne wydaje się być zwycięstwo podczas 7. etapu Criterium du Dauphine w 2016 roku, kiedy to metę w Superdevoluy „Stevo” pokonał sam, 4 minuty (!!) przed czołówką walczącą o klasyfikację generalną.

Choć w peletonie wciąż jest Thomas de Gendt, śmiałe akcje to także domena chociażby Tima Wellensa, to jednak takich zawodników jak Cummings będzie nam brakować coraz bardziej, bo coraz mniej jest zawodników potrafiących postawić się swoim dyrektorom sportowym i ruszyć po swoje.

Emerytura – niespodzianka

Oczywiście „wiekowych” zawodników, którzy w tym roku kończą ściganie, jest znacznie więcej. Wystarczy wspomnieć jeszcze chociażby Laurensa Ten Dama czy Steve’a Morabito, którzy także w ostatnich latach dali się zapamiętać, zwłaszcza z doskonałego wywiązywania się z zadań typowych dla górskich gregario. Żeby jednak nie tylko wspominać tych, którzy kończą kariery w sposób poniekąd „naturalny” mam także kilka ciekawych przypadków które nie są tak oczywiste jak te wymienione powyżej.

Taylor Phinney

Przypadek polskim kibicom dość bliski z dwóch powodów. Pierwszy, nieco prywatny, to fakt, że Taylor to wybranek serca Kasi Niewiadomej, a drugi to nieco zaskakujące zwycięstwo Phinneya podczas Tour de Pologne, gdzie uprzedził sprinterów i po długim finiszu triumfował w Katowicach. Amerykanin był już wówczas kolarzem o ugruntowanej pozycji w zawodowym peletonie z kilkoma zwycięstwami na koncie, ale co ciekawe to dopiero triumf w Polsce był jego pierwszym sukcesem w wyścigu ze startu wspólnego.

Zanim jednak Phinney wygrał etap ̶k̶o̶l̶a̶r̶s̶k̶i̶e̶j̶ ̶l̶i̶g̶i̶ ̶m̶i̶s̶t̶r̶z̶ó̶w̶ ̶w̶ ̶ś̶w̶i̶ą̶t̶y̶n̶i̶ ̶s̶p̶r̶i̶n̶t̶u̶ ̶ w Katowicach zdążył już zostać mistrzem USA w jeździe na czas i założyć maglia rosa po zwycięstwie na otwierającej wyścig czasówce w duńskim Herning i wydawało się, że Amerykanie doczekali się kolejnego kolarskiego idola. W pamięci wciąż pozostawały dwa zwycięstwa w juniorskim Paris-Roubaix i wciąż liczono, że także w dorosłym peletonie będzie w stanie powalczyć w brukowanych klasykach, zwłaszcza, że pierwsze występy były przynajmniej obiecujące.

W maju 2014 roku, dwa dni po drugim triumfie w mistrzostwach USA w jeździe na czas Phinney brał udział w kraksie która niemal zakończyła jego karierę. – otwarte złamanie kości piszczelowej i kompletnie roz…walona rzepka. Po tej kraksie wydawało się, że sukcesem będzie jeśli Amerykanin wsiądzie ponownie na rower, a powrót do zawodowego ścigania był czymś zupełnie odległym i w pierwszych chwilach po wypadku mało realnym. Syn Davisa Phinneya i Connie Carpenter się jednak nie poddał i minął nieco ponad rok i widzieliśmy obecnego zawodnika EF-Education First na starcie w Tour of Utah. Sam powrót do sportu po takiej kontuzji był już spektakularny, a o włos, a od razu zaczął by od zwycięstwa – na mecie w Logan był trzeci. Zaledwie dwa tygodnie później na otwarcie USA Pro Challenge nikt nie był szybszy od Phinneya.

Od tego sukcesu w sierpniu 2015 roku do swoich palmares Amerykanin dodał już tylko jedno zwycięstwo w mistrzostwach USA, a jakże, na czas i po odejściu z ekipy BMC do drużyny Jonathana Vaughtersa nie zdołał stanąć nigdy więcej na najwyższym stopniu podium. Oczywiście nie brakowało wartościowych rezultatów, jak chociażby 8. miejsce w zeszłorocznym „Piekle Północy”, ale zawodowe kolarstwo to nie było to na czym Phinney skupiał się w pełni. W tym roku ekipa EF-Education First startowała także poza wyścigami szosowymi, a głównego zainteresowanego mogliśmy oglądać chociażby podczas gravelowego Dirty Kanza.

View this post on Instagram

Me . ? @thomaswoodson

A post shared by Taylor Phinney (@taylorphinney) on

W wieku zaledwie 29 lat Phinney postanowił poświęcić się jednak w pełni sztuce, bo jak sam przyznawał, był tylko ‘jedną nogą w kolarstwie’, a drugą właśnie przy tworzeniu muzyki czy malowaniu. Roweru porzucać jednak nie zamierza, więc pozostaje zwracać uwagę czy czasem na polskich wyścigach dla amatorów nie zobaczymy znajomo brzmiącego nazwiska z USA.

Zico Waeytens

Belg zapowiadał się na solidnego sprintera i zawodnika potrafiącego powalczyć w etapówkach rozgrywanych w nieco łatwiejszym terenie. W 2011 roku w swoim pierwszym starcie jako stażysta w ekipie Topsport Vlaanderen ukończył Tour of Denmark na 9. miejscu, a w kolejnym sezonie znalazł się w „dychu” podczas Omloop van het Waasland czy podczas szalonego Schaal Sels. Z roku na rok sukcesywnie pula „przyzwoitych” rezultatów powiększała się i Waeytens trafił do ekipy Giant-Alpecin w której spędził trzy sezony i zanotował w jej barwach jedyne zawodowe zwycięstwo w karierze, które odniósł podczas Baloise Belgium Tour w 2016 roku.

Kiedy wszyscy spodziewali się, że wciąż młody Belg w kolejnym sezonie zanotuje znów progres…stało się coś zupełnie odwrotnego. Najczęściej widywanym rezultatem przy nazwisku Waeytensa było „DNF” – łącznie w ciągu całego 2017 roku aż dwunastokrotnie! To doprowadziło do tego, że pomimo ważnego kontraktu na kolejny sezon ekipa (wówczas) Sunweb dała zawodnikowi wolną rękę w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego ekipa Verandas Willems-Crelan i choć znów wielokrotnie nie zdołał ukończyć wyścigów to pojawiały się jednak przebłyski, chociażby takie jak TOP10 w Great War Remembrance Race, a to zwróciło uwagę włodarzy Cofidisu i wydawało się, że po roku swego rodzaju „banicji” w ekipie z nieco niższej półki kariera Belga zaczyna ponownie nabierać rozpędu.

Otwarcie tego sezonu wydawało się potwierdzać to, że znów mamy do czynienia potrafiącym odnaleźć się w sprinterskiej końcówce. Pierwszy wyścig w barwach Cofidisu Waeytens ukończył na 5. miejscu, będąc de facto trzecim najszybszym zawodnikiem z peletonu. Niestety przez cały rok nie zbliżył się do tego wynik już ani razu i znów blisko dwadzieścia razy przy jego nazwisku widniało „DNF”. To spowodowało, że pod koniec października Belg na swoim Twitterze zakomunikował, że kończy z zawodowym uprawianiem kolarstwa, a kilka dni później okazało się, że nową przygodą Waeytensa będzie zawodowy boks. Wybór może i zaskakujący, ale…kto po obejrzeniu Rocky’ego nie chciał pójść poboksować? ? Niemniej żartować z Zico nie zamierzam, bo jeśli jego sierpowy będzie co najmniej na takim poziomie jak jego sprinterskie umiejętności to na moje nieszczęście jesteśmy w tej samej kategorii wagowej.

Peter Kennaugh

Przypadek o tyle ciekawy, że można go odnieść do każdego z nas. Zajmujesz się czymś i odnosisz sukcesy, ale jednak na pewnym etapie przestaje sprawiać Ci to jakąkolwiek radość. Brzmi znajomo, prawda? Wielu zawodowych sportowców dotyka wówczas depresja i problem staje się zdecydowanie bardziej poważny niż zwykła niechęć do dalszego robienia tego samego na co dzień.

Peter Kennaugh, jak wielu brytyjskich szosowców, ma na koncie medal olimpijski na torze, a skoro zdobył go podczas Igrzysk w Londynie to nie mógł być on w innym kolorze niż złoty. Zawodnik pochodzący z wyspy Man zdobył również tęczową koszulkę na torze w 2012 w Melbourne i rok wcześniej triumfował w mistrzostwach Starego Kontynentu w Apeldoorn (m. in z Geraintem Thomasem w składzie) – wszystko w drużynowym wyścigu na dochodzenie.

Na szosie także nie brakowało sukcesów – w kieszeni Brytyjczyk ma dwa etapy Criterium du Dauphine, generalkę Tour of Austria czy Settimana Coppi e Bartali oraz tytuł mistrza Wielkiej Brytanii w wyścigu ze startu wspólnego, a także triumf w Cadel Evans Great Ocean Race. Co się więc stało, że zawodnik uznany przed dziesięcioma laty przez „Cycling Weekly” za największy talent od czasów Marka Cavendisha porzucił kolarstwo? Kłopoty zaczęły się w momencie przejścia z Team Sky do Bora-hansgrohe, gdzie jednak po początkowych problemach i kłopotem z odnalezieniem się w nowych realiach Kennaugh zaczął ponownie notować wartościowe rezultaty pod koniec 2018 roku. Mimo tego już na początku marca 2019 roku widzieliśmy go na szosie (przynajmniej na jakiś czas) po raz ostatni.

Brytyjczyk miał dość „cierpienia na rowerze i poza nim”, a czas który poświęciłby na treningi postanowił poświęcić dla siebie i rodziny. Nowym celem stało się „odnalezienie siebie samego i ponowne odzyskanie radości z każdego dnia, zyskanie nowej motywacji”, a jasnym było to, że kolarstwo zamiast pomagać w tym wszystkim stało się główną przeszkodą. Koledzy z szosy byli pełni uznania, jak chociażby Owain Doull, który przyznał, że postawienie swojego zdrowia, zwłaszcza psychicznego, na pierwszym miejscu jest przejawem odwagi. To tylko pokazuje, jak zawodowy sport i gonitwa za wynikami potrafi być wyniszczająca.

Kennaugh nie zrezygnował jednak całkowicie ze sportu. Już w maju, a więc zaledwie dwa miesiące po tym jak postanowił porzucić zawodowe kolarstwo, wystartował w triathlonie, a w trakcie ostatniego Tour de France współtworzył razem z Nedem Boultingiem i Mattem Rendellem podcast. Wydaje się więc, że w życiu (byłego już) kolarza z wyspy Man powoli wszystko zaczyna się układać, a jak przyznał menadżer Bora-hansgrohe Ralph Denk – „czekamy na jego powrót do kolarstwa”.

Dodaj komentarz

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Popularne

To Top