Polska

Jakiś plan na mnie jest

Karol Domagalski

Na treningach czasem bywa bardziej niebezpiecznie. Mnie wypadek przydarzył się podczas wyścigu, na prostej i szerokiej drodze. Na odcinku trzech kilometrów był jeden przepust, a ja trafiłem idealnie w niego. Muszę odwiedzić to miejsce. Jeszcze tam nie byłem, ale pojadę. Na rowerze” – mówi Karol Domagalski, który po długiej walce powraca do pełnej sprawności.

Wraz nim i jego żoną, Martyną wróciliśmy pamięcią do feralnych wydarzeń z początku czerwca.

Karol: Rankiem, przed startem etapu moje myśli koncentrowały się wokół jednego – żeby wygrać Małopolski Wyścig Górski. Na pierwszym odcinku zająłem trzecie miejsce. Drugi, właśnie ten sobotni nie był aż tak istotny jak nadchodzący, finałowy ze wspinaczką na Przehybę, więc chciałem się oszczędzać. Razem z „Emkiem” Piaskowym, kolegą z ekipy który też był wysoko w „generalce” chcieliśmy przejechać etap z jak najmniejszą stratą energii.

Udało nam się znaleźć w czołowej grupie, która dojeżdżała do finiszu w Nowym Targu. Wszystko szło dobrze. Wyjechaliśmy na główną drogę, łączącą stolicę Podhala z Białką Tatrzańską. Do mety było jeszcze około 10 kilometrów, pojawiały się akcje zaczepne, kontry, skoki… Chwilę po tym, jak minęliśmy znak, że do finiszu zostało już tylko pięć kilometrów, zaatakował mój inny kolega z drużyny, Jakub Kaczmarek chcąc „sprawdzić” rywali. Obejrzałem się, a kiedy odwróciłem głowę z powrotem to jeden z rywali – nie wiem już kto – minął mnie lewą stroną i wjechał przede mnie. Zahaczyłem o niego, ale nie tak zwyczajnie – „liżąc koło”, a łapiąc „rybkę”, zaczepiając o przerzutkę.

Trudno się było wyratować. Starałem się i wyszarpałem koło. Z tego, co pamiętałem to od razu mnie „podcięło”, po czym zjechałem do rowu i uderzyłem w przepust. Później rozmawiałem jednak z Krzysztofem Dymkiem, który był na wyścigu sędzią. On opowiedział mi, że się broniłem. Po tym, jak wyciągnąłem „rybkę”, uderzyłem klatką piersiową w kierownicę i dwa razy zatoczyłem się, jeżdżąc od prawej do lewej strony drogi. Dopiero wtedy wpadłem do rowu. Broniłem się najdłużej jak mogłem. Pech chciał, że uderzyłem w ten przepust i to z jaką prędkością… Sprawdzaliśmy to później – to było 50 kilometrów na godzinę.

Po uderzeniu byłem przytomny i świadomy. Pamiętam okropny ból… chyba wolałbym zemdleć. Wisiałem na tym przepuście i w pewnym momencie pomyślałem, że przecież inni mogą mnie tam w ogóle nie zauważyć, przejechać… Na szczęście od razu zatrzymał się wóz techniczny, wyskoczył z niego nasz dyrektor sportowy i wezwał karetkę. Na nią jednak chwilę czekaliśmy, bo jechała chyba za ostatnią grupą, a nasza była pierwsza… W każdym razie – chwilę zeszło.

Kiedy ratownik zobaczył jak wyglądam od razu wiedział, że jest poważnie. Wyłożono mnie na taką specjalną deskę, bo sam nie mogłem się ruszać. Miałem bardzo płytki oddech. Doznałem odmy opłucnej. Wiedziałem… zdawałem sobie sprawę, że na pewno mam złamaną rękę i żebro. Ból był nie do zniesienia. W trakcie, gdy byłem przenoszony do karetki ratownicy chcieli mnie wyprostować, a wtedy prawa ręka zwyczajnie „odwinęła się” w drugą stronę… Kiedy już trafiłem do karetki, ból błyskawicznie odpuścił. Coś mi pewnie podano.

W drodze do szpitala poprosiłem ratownika o telefon, chciałem poinformować żonę. Oczywiście się zgodził. Podyktowałem mu numer, pamiętałem go doskonale i zadzwoniłem do Martyny. Już nie pamiętam, co wtedy mówiłem…

Martyna: Pamiętam, że tego dnia było bardzo ciepło. Wyszliśmy na spacer z dzieckiem. Zobaczyłam, że dzwoni jakiś obcy numer. Po odebraniu przedstawił się ratownik i powiedział, że przekaże mi męża. Już wtedy zapaliła mi się czerwona lampka.

Karol powiedział, że miał wypadek. „Rywal zajechał mi drogę, nic się nie martw kochanie” – mówił. Dodał, że prawdopodobnie ma złamaną rękę i żebro. Słyszałam, jak ciężko oddycha. Powiedział, że bardzo mnie kocha i… na tym nasza rozmowa się skończyła.

Potem rozmawiałam jeszcze z ratownikiem, który przekazał, że nie musimy jechać do szpitala do Nowego Targu, bo mąż prawdopodobnie będzie transportowany do Krakowa. Później okazało się jednak, że stan Karola jest zbyt poważny, by było to możliwe.

Karol: Przytomność straciłem dopiero w szpitalu. Analizowaliśmy to z żoną, trafiłem tam jakoś między 17:00 a 18:00. Na miejscu była już moja siostra, która wyjechała od razu po telefonie od ratowników. Wykrwawiałem się, a wszystko strasznie długo trwało. Opowiadała mi, że na zmianę traciłem przytomność i ją odzyskiwałem. Straciłem dwa i pół litra krwi. Na stół operacyjny trafiłem o 22:30, po tym, jak miałem pierwsze „zejście”. To było tam. Pierwsza reanimacja… Kolejnych tygodni nie pamiętam.

Martyna: Kiedy ja dotarłam do szpitala, Karol już wjeżdżał na blok operacyjny. Wbiegałam na oddział, a za nim zamykały się drzwi windy, jak w filmie… Pani doktor zaprowadziła mnie i jego siostrę pod samą salę operacyjną. Czekałyśmy i się modliłyśmy, bo słyszałyśmy, że jest naprawdę ciężko. Że ratują mu życie. Pomińmy to…

Po operacji miałyśmy możliwość, żeby go zobaczyć. Chcieliśmy, żeby go przetransportowano do Krakowa, ale ze względu na stan nadal nie było to możliwe.

Po kilku dniach od pierwszej operacji, w trakcie której zabezpieczono organy wewnętrzne Karola, dwa dni później przeprowadzona została kolejna. Pierwotnie poinformowano mnie, że mężowi zostanie usunięta nerka, jednak zdecydowano się ją pozostawić. Była jednak w kawałkach… Oprócz tego miał uszkodzoną wątrobę, złamaną rękę, żebra, miednicę…

Karol: …wyrostek kręgu L2…

Martyna: …ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero później. W środę, cztery dni po wypadku Karola przetransportowano nagle do Krakowa, bo jego stan zaczął się pogarszać. Wątroba dawała o sobie znać. Ze względu na złe warunki pogodowe (burzę w Nowym Targu i Krakowie) został przewieziony karetką, a nie helikopterem.

Kiedy już trafił do Krakowa, został profesjonalnie zaopatrzony, wykonano mu wszystkie badania… Pierwsze dni były naprawdę optymistyczne. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, choć Karol był przez cały czas w śpiączce, intubowany i pod aparaturą. 24 czerwca po raz pierwszy lekarze spróbowali go wybudzić…

Karol: Przy usuwaniu rury respiratora tak się „spiąłem”, że pękła mi śledziona.

Martyna: Wcześniej nie było żadnych oznak żeby Karol miał z nią jakieś problemy. Była cała, choć prawdopodobnie stłuczona. Początkowo lekarze w ogóle nie wiedzieli co się stało. Nastąpił kolejny wstrząs krwotoczny i reanimacja, która trwała prawie 20 minut… Lekarze bali się, czy z tego powodu mózg nie uległ uszkodzeniu. Od razu odbyła się trzecia operacja.

Dwa dni później Karola w końcu wybudzono i znów mieliśmy pozytywne sygnały. Mrugał do nas, puszczał oko… Dzień później, kiedy przyszłam do szpitala to… znowu był w śpiączce, pod pełną aparaturą. Okazało się że miał kolejny krwotok, tym razem z wątroby. Obrażenia wewnętrzne były tak poważne, że co kilka dni coś się działo.

Karol: Bywało tak, że byłem już prawie całkowicie obudzony, że widziałem jakieś obrazy, a potem znowu traciłem przytomność. Aż w końcu, na początku lipca zostałem wybudzony. Po dwóch i pół tygodnia w śpiączce.

Martyna: Kiedy Karol wybudził się na dobre chciał, żebyśmy wszyscy wyszli. Potem opowiadał mi, że widział zupełnie inne osoby, które były bardzo nierzeczywiste, jak kukły. Ja mu jednak powiedziałam że tak długo czekam, aż się wybudzi, że nigdzie się nie ruszę. Innym razem pytał mnie również, czy sprzedałam już nasz dom w Szczawnicy. Bał się, że leczenie było aż tak kosztowne.

Karol: Pierwsze dni po wybudzeniu były wielką walką z gorączką, której przyczyn lekarze nie znali. Z jej powodu wciąż nie mogła być operowana moja ręka, która „czekała” na swoją kolej. Miałem tak silne halucynacje, że pielęgniarki się ze mnie śmiały. Dopiero po szczegółowych badaniach krwi okazało się, że miałem gronkowca złocistego. Kiedy udało się go zwalczyć, dopiero zaczął się „świadomy” etap mojego leczenia.

Martyna: Ze względu na złamaną miednicę Karol praktycznie nie mógł się ruszać. Lekarze mogli go obrócić maksymalnie o 45 stopni. Leżał „plackiem”, wszystkie mięśnie osłabły, zanikły… Przymierzano się do tracheotomii, bo płuca stały się tak słabe, że obawiano się, iż prawdopodobnie nie będzie w stanie sam oddychać. Ostatecznie obeszło się jednak bez tego. Na początku lipca usunięto rurę do intubacji. Można było wreszcie z nim porozmawiać. Mógł jeść, pić, no i oddychać…

Karol: …ale tego wszystkiego musiałem się nauczyć.

Martyna: Mówił bardzo cicho, ochrypłym głosem. Bałam się, że tak zostanie.

Karol: Długo mi obiecywano, że pozbędą się w końcu tej rury. No i nadszedł ten dzień, przyszedł lekarz, spytał, czy jestem gotowy i… wyciągnął. Oczywiście, wcześniej odpowiednio mnie do tego przygotowano. Specjalnym masażem oczyszczono mi oskrzela z zalegającej wydzieliny. Kiedy usunięto rurę długo próbowałem złapać oddech. W końcu się udało. Wentylowano mnie jeszcze co prawda jakimś innym sprzętem, ale to już był sukces.

No i wtedy zaczęła się „zabawa”. Drugiego albo trzeciego dnia po usunięciu lekarze zarządzili, że mam zacząć jeść i pić, normalnie się odżywiać. A ja tak naprawdę jeszcze nie umiałem oddychać. Nie byłem w stanie też przełykać, zanikły mięśnie. Podawano mi na strzykawce niewielką ilość wody, a ja się krztusiłem. Byłem przerażony. Kłębiły się we mnie myśli… Ale stopniowo odzyskiwałem sprawność.

W tym czasie zaczynałem też głośniej mówić, sprawnie oddychać i powoli ze wszystkim sobie radzić. Wreszcie, cztery dni po usunięciu rury do intubacji przyszedł czas na operację ręki, która była, z tego co mówili lekarze, bardzo skomplikowana. Ja z kolei byłem przerażony, bo to było jednoznaczne: znowu będą mnie usypiać, znowu stół… Na szczęście wszystko przebiegło pomyślnie. Tyle że w związku z tą operacją kolejne dwa tygodnie musiałem spędzić na intensywnej terapii, cały czas pod ścisłą opieką bo lekarze przez wzgląd na wcześniejsze wydarzenia bali się, że znowu coś mi się przydarzy.

W międzyczasie zaczęto mnie jednocześnie pionizować. Mniej więcej dwa miesiące po wypadku. Pamiętam, kiedy zrobiono to pierwszy raz. Naprawdę fajne uczucie, mogłem wreszcie usiąść! Minęło jednak 20 sekund i… świat zawirował. Nie wiedziałem, co się dzieje, ale wytłumaczono mi, że w takich przypadkach jak mój to zupełnie normalne, bo błędnik wariuje i trzeba go znowu „nauczyć” nowej pozycji. Wszystkiego się musiałem uczyć, wszystkiego!

Doczekałem się też przeniesienia na regularny oddział chirurgii. Nieustannie ograniczało mnie jednak to, że nie mogłem się poruszać, cały czas musiałem leżeć.

Martyna Ale tam już były możliwe dłuższe odwiedziny. Na intensywnej terapii można było z Karolem przebywać tylko przez dwie godziny dziennie, na chirurgii – siedem.

Karol: Musiałem być pod ciągłą obserwacją, wciąż brałem antybiotyki by zwalczyć gronkowca, grzybicę i inne przypadłości, które przytrafiły się „po drodze”. Ale na chirurgii już nic szczególnego tak naprawdę się nie działo. Doskwierało mi wyłącznie to, że byłem niemal cały czas głodny… Od piątej rano wołałem o śniadanie, bo organizm cały czas łaknął, byłem taki „cienki”… Któregoś dnia powiedziano mi, żebym nic nie jadł, bo o 11:00 będą mi robić USG. A zrobili je o 16:00… to były katusze!

Aż w końcu przyszedł ten dzień. Lekarze oznajmili, że mogę jechać do domu.

Ten moment, kiedy transportowano mnie ze szpitala, kiedy opuściłem budynek, poczułem świeże powietrze, zobaczyłem słońce… łza zakręciła się w oku.

Kiedy trafiłem do domu, zaczął się kolejny etap – walki o odzyskanie pełnej sprawności. Miałem specjalne łóżko, które mogłem podnosić za pośrednictwem pilota i uchwyt, który też trochę pomagał. Pod opiekę wziął mnie świetny lekarz – Jacek Piekarz. Odwiedzał mnie w domu, czuwał… Od razu pojawił się też rehabilitant – pochodzący, podobnie jak ja, ze Skały Tomasz Boroń. Był bardzo konkretny. Uznał, że nie ma na co czekać, tylko trzeba zacząć pracować. Tu, teraz. Biorąc pod uwagę to, jak byłem osłabiony, to było dość karkołomne. Ważyłem około 50 kilogramów – o 26 mniej, niż przed wypadkiem.

Martyna: Karol wciąż nie mógł siedzieć. Maksymalnie błędnik pozwalał na 5-10 minut w tej pozycji.

Karol: Mimo wszystko pracowaliśmy. Tomek przeanalizował wszystko i wywnioskował, że zacząć trzeba od prawej stopy, która na skutek porażenia nerwu była opadająca. To była zupełnie inna praca, niż codzienne treningi i starał mi się to uświadomić. Liczyła się cierpliwość.

Nie stosowaliśmy żadnych obciążeń, pracowaliśmy bardzo powoli. A było nad czym: stopa to tylko początek. Na operowanej ręce miałem ortezę, która blokowała ruch, zgarbiłem się, a blizna na klatce piersiowej „ciągnęła”, była bardzo sztywna… Ruszaliśmy wszystkim, czymkolwiek się dało, by pobudzić mięśnie. Przez godzinę dziennie, bo zwyczajnie miałem dosyć. Marzeniem dla mnie było wtedy, by móc wejść po schodach.

Kiedy już dostałem pozwolenie na to, by móc „stale” siedzieć, to w ruch poszedł wózek inwalidzki i… coś się działo. Byłem w stanie wysiedzieć przez godzinę, więc mogłem na przykład wybrać się na wycieczkę, zobaczyć kawałek świata. W domu też sobie jakoś radziłem.

Tomek stopniowo dokładał mi obciążeń. Lekarz, Jacek powtarzał z kolei, żebym do wszystkiego podchodził bardzo spokojnie. „Jak zrobisz jeden krok za dużo, to cofniesz się o pięć” – mówił. I tak oczywiście było… Zachciało mi się wstać, odezwały się żebra i przez trzy dni musiałem leżeć plackiem, bo nawet najdrobniejszy ruch sprawiał mi ogromny ból.

28 sierpnia pojechałem do szpitala na zabieg usunięcia protezy dróg żółciowych. Czymś mnie wtedy zarazili i na czas leczenia musieliśmy wstrzymać rehabilitację, bo przy gorączce nie dało się ćwiczyć. Dlatego na nogi stanąłem po raz pierwszy dopiero w połowie września. Mimo to – stawałem…

Martyna: Wołał „Zobacz, sukces, stoję!”

Karol: Na początku, pierwsze dwa, trzy razy tylko wstawaliśmy. Pomagało łóżko, bo miało podnośnik. Tomek cały czas czuwał, patrzył, żeby czegoś nie spieprzyć, bo będzie źle. W międzyczasie byłem na pierwszej wizycie u profesora Ficka. Powiedział mi wtedy: „Wypieprz ten wózek, wstań i zacznij już chodzić!”. I tak zrobiłem, oczywiście z pomocą balkonika. Uruchomił mi się tryb „turysty” mimo iż zrobić mogłem ledwie parę kroków.

Martyna: Już sam fakt, że był w stanie pojechać do doktora Ficka jako pasażer samochodu to było dużo. No ale Karol, jak to Karol – kiedy zaczął chodzić to szybko przesadził i potem… leżał przez kilka dni.

Karol: Człowieku, jak mnie złamało… Miałem ogień w kolanach. Ogień. Maź w stawach zanikła i po prostu, zwyczajnie je starłem. Pierwszy raz w życiu czułem taki ból. Wołałem do Martyny: „Co robić?!”. Kremy, maści, lód– nic nie pomagało. Zadziałały dopiero tabletki przeciwbólowe, które lekarz dał mi do zastosowania w razie absolutnej konieczności bo były tak mocne, że mogłem się łatwo uzależnić. To była kolejna lekcja pokory. Przez kolejne trzy dni musiałem leżeć.

W końcu wróciliśmy jednak do pracy i kolejnym, wielkim wyzwaniem było dla mnie i Tomka zrobienie przysiadu. Z czasem przyszło jednak i to. Pracował ze mną bardzo inteligentnie. Przede wszystkim – przystosowywał mój organizm do wyjazdu do kliniki profesora Ficka tak, abym tam mógł już w trakcie rehabilitacji zrobić jak najwięcej, między innymi pracować z obciążeniami. Kiedy nabrałem już takiej siły, że byłem w stanie sam wejść i zejść po schodach, przenieśliśmy się do jego gabinetu. Mówił, że dopiero tam będzie w stanie porządnie mnie zmęczyć

Martyna: Mimo wszystko, Karol przez cały czas musiał uważać żeby się nie potknąć, bo prawa stopa nadal się nie podnosiła.

Karol: Wiedzieliśmy, że trzeba z nią przez cały czas pracować, ruszać setki, tysiące razy, by impulsami wreszcie pobudzić nerw…

Martyna: …bo istniało ryzyko, że może już nigdy nie odzyskać sprawności. Że tak będzie już do końca życia.

Karol: To był dla mnie lekki cios. Ale pocieszałem się tym, że już na pewno będę mógł chodzić. Kręgosłup był cały! Aż któregoś dnia…

Martyna: Leżeliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy lekkoatletyczne mistrzostwa świata. Akurat młotem rzucał Paweł Fajdek, kiedy Karol… ruszył stopą! Krzyczał w euforii: „Patrz, rusza się!”. Radość była gigantyczna, choć zakres ruchu – minimalny, może kilka milimetrów.

Karol: Teraz mogę nią już ruszać praktycznie do połowy. Wtedy jednak cieszyła nawet taka drobnostka. Kiedy ruch się pojawił, pracowaliśmy jeszcze bardziej intensywnie. Tomek tłumaczył mi, że aby był ciągły progres, muszę być maksymalnie na tym skupiony. Aż ryknąć. I ja tak właśnie robiłem. W ten minimalny ruch wkładałem podobny wysiłek, jak kiedyś w przysiady ze stukilogramowym obciążeniem.

W końcu, 18 listopada pojechałem do kliniki profesora Ficka w Bieruniu. Byłem tam tylko przez tydzień. Profesor chciał mi przede wszystkim przywrócić sprawność wszystkich mięśni tak, bym mógł zacząć normalnie funkcjonować. To, czy wrócę na rower, czy nie w ogóle go nie interesowało. Przyjęto mnie na tamtejszy oddział szpitalny, który przypominał niezły hotel. Piętro wyżej była gigantyczna sala do ćwiczeń i dziesięciu fizjoterapeutów. Miałem treningi dwa, czasem trzy razy dziennie.

Początkowo „rozpracowywano” moje blizny. Nie wiedziałem, jak jest to ważne, ale szybko okazało się, że nawet niewielka może skutkować chociażby problemami z plecami. A ja byłem w praktyce rozkrojony na pół… W końcu mogłem się wyprostować. Kiedy się wyprostowałem – zacząć w pełni używać mięśni. I tak się to zazębiało.

Pracowaliśmy „jeden na jednego”, przez godzinę lub półtorej, w zależności od tego, ile miałem siły. Kiedy specjaliści widzieli że jestem zmęczony i „nadrabiam” innymi partiami ciała, odpuszczaliśmy. Wszystko było bardzo męczące, ale jednocześnie dawało satysfakcję. To w Bieruniu po raz pierwszy od wypadku założyłem sztangę. Robiłem „martwy ciąg” z trzydziestokilogramowym obciążeniem. Nieustannie pracowano też nad moją operowaną ręką, bo zakres ruchów był bardzo ograniczony. Do tej pory zresztą jest. Przyzwyczaiłem się, ale muszę uważać żeby się nie potknąć albo uderzyć. Gdybym upadł na ręce…

Na początku grudnia, po powrocie z Bierunia podjęliśmy decyzję, by opuścić mój rodzinny dom i wrócić do Szczawnicy, gdzie mieszkamy na codzień. Mogę już wziąć na ręce syna, choć niewiele więcej, bo maksymalne obciążenie to póki co 20 kilogramów. Długo mogłem na niego jedynie patrzeć…

Progres i tak jest jednak gigantyczny. Przy wyjściu ze szpitala lekarze oznajmili mi, że podnosić mogę maksymalnie szklankę wody! Naprawdę, wielki „szacun” dla Tomka i doktora Jacka, którzy opiekowali się mną w Skale, że zdecydowali się podjąć mimo to wyzwanie szybkiego przywracania mnie do sprawności. Gdyby czekać, zgodnie z pierwotnymi zaleceniami, pewnie wrósłbym w łózko, a działać zaczęlibyśmy dopiero teraz. Oni podjęli jednak ryzyko i dzięki nim jestem już w domu. Warto było.

Gdzieś w tle cały czas pojawiały się myśli o powrocie na rower…

Martyna: Kiedy czuł się źle, to oczywiście nawet się do tego nie przymierzał. Kiedy jednak było lepiej to już słyszałam: „Ale mam ochotę na rower…”.

Karol: Dokładnie tak było, jak chorągiewka na wietrze. Ostatecznie jednak kolarstwo wygrało, bo poświęciłem temu więcej, niż połowę życia. Zdecydowałem się na podpisanie umowy z grupą Dariusza Banaszka.

Kiedy dostałem od niej zapytanie zapaliła się iskierka. Zaczęły się trudne rozmowy: z żoną i rodzicami. W końcu zdecydowaliśmy jednak, że choć przede mną kawał ciężkiej pracy a ja zaczynam niemal od zera to chciałbym spróbować. Mam 30 lat. Nie wiem, czy jestem młody, czy stary. Wypadek tak naprawdę mnie wyeliminował. Zaczynam od zera, ale skoro jest ku temu okazja… myślę, że warto, nawet dla samego siebie. Sprawdzić się, czy dam radę. Lekarze nie widzą ku temu żadnych przeciwwskazań. Według ich zapewnień, wszystko ma być tak, jak przed kraksą.

Zdaję sobie sprawę, że przy maksymalnych obciążeniach każdy, najdrobniejszy mankament będzie się uwypuklać, a złe zespolenie miednicy nawet o kilka milimetrów szybko da o sobie znać. Póki co jestem jednak zdecydowany – chcę spróbować.

Na pierwsze zgrupowanie z Mazowsze Serce Polski, które w styczniu odbędzie się na Majorce jeszcze nie pojadę, ale na drugie, w Turcji, już zapewne tak. Oczywiście nie będę się ścigać, ale Darkowi zależy na tym, bym po prostu był z drużyną. Robić swoje, ale z nimi. Pewnie zabiorę się na jakiś trening… zobaczymy. Cały czas rozumiem, że potrzebuję czasu i Banaszek jest tego świadom. Cieszę się, bo to fajny projekt, wieloletni, a ja nie patrzę na sezon 2020 a dalej.

Martyna: Boję się o niego, ale zawsze się bałam. Od początku naszej znajomości mieliśmy umowę, że po zakończeniu etapu musi jak najszybciej wysłać mi SMS żebym wiedziała, że wszystko jest w porządku. Nawet, kiedy trening przeciągał mu się o godzinę ja już dzwoniłam i pytałam gdzie jest.

Karol: Na treningach czasem bywa bardziej niebezpiecznie, Mnie wypadek przydarzył się podczas wyścigu, na prostej i szerokiej drodze. Na odcinku trzech kilometrów był jeden przepust, a ja trafiłem idealnie w niego. Muszę odwiedzić to miejsce. Jeszcze tam nie byłem, ale pojadę. Na rowerze.

Teoretycznie już teraz mógłbym na niego wsiąść, ale ciągle nie mogę się przewrócić. Oficjalnie mogę jeździć od wigilii. Troszkę blokuje mnie psychicznie fakt, że w łokciu wciąż mam metal i każda, nawet drobna kraksa oznaczałaby poważne problemy. Kiedy pracuje się w domu, na trenażerze, jest o wiele bezpieczniej. Ciągnie mnie jednak na szosę jak cholera.

Święta spędziliśmy z rodziną, po raz pierwszy był z nami nasz kilkumiesięczny syn. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu wiem jedno: cuda się zdarzają. Jakiś plan na mnie widocznie jest, a ktoś na górze coś dla mnie ma. Oby nie drugi krzyż…

Pewne jest jedno – po tym, co się stało wiem już, że nic nie złamie nie tylko mnie, ale i mojej rodziny.

2 komentarze

2 Comments

  1. Dariusz W.

    29 grudnia 2019 at 11:46

    Cieszę się bardzo, że Karol wyszedł z tego wypadku i życzę Mu osiągnięcia dobrej kondycji! KAROL trzymaj się!!!

  2. Ciacho

    1 stycznia 2020 at 11:25

    Ciekawy choć ciężki wywiad. Trzymam kciuki cały czas za Karola. Jego powrót do ścigania to będzie wielka sprawa

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Popularne

To Top