Felietony

Święty i grzesznik

Marco Pantani

Włosi od dawna są zakochani w kolarstwie i trudno znaleźć kraj, gdzie zawodnicy darzeni są większą estymą niż w Italii. W historii ich idolami zostawali bardzo różni kolarze, często znajdujący się wręcz na skrajnie przeciwnych biegunach.

W filmie „Niezniszczalny” bohater grany przez Samuela L. Jacksona jest niczym szkło, kruchy i niezwykle podatny na złamania. Za swój cel obiera sobie znalezienie swojego przeciwieństwa, czyli tytułowego niezniszczalnego. Podobnie jak w kinie, tak i w sporcie, ludzie często kochają skrajności. Chociaż to nieco inny rodzaj różnicy, w kolarstwie także wielkim uwielbieniem darzy się dwóch jakże różnych zawodników.

Niedawno kolarski świat obiegła informacja, że legendarny Gino Bartali może zostać przez Kościół Katolicki uznany błogosławionym. Już za życia był nazywany „Świętym”, a każdy, kto analizuje jego biografię, nie ma wątpliwości, że na ten zaszczyt jak najbardziej zasłużył. Czegoż on nie robił?

Ratował Żydów podczas II Wojny Światowej, pomógł zapobiec wojnie domowej w swoim kraju po zamachu na lidera komunistów Palmiro Togliattiego, wyświadczał przysługi premierom, a nawet uczył jednego z papieży jazdy na rowerze. Przy tym był znakomitym kolarzem, który dał zwykłym Włochom masę radości, wygrywając największe wyścigi w Europie.

Jego rywalizacja z Fausto Coppim podzieliła Włochy niemal tak, jak ówcześnie robią to starcia turyńskiego Juventusu z SSC Napoli. Analogia nie jest zresztą przypadkowa. Gino, praktykujący katolik z rolniczej rodziny, był uwielbiany na południu. Coppi z kolei bardziej pasował do północy. Religia nie miała dla niego wielkiego znaczenia, reprezentował nowoczesność, rozwój i porządek.

Trudno jednak Coppiego nazwać zupełnym przeciwieństwem Bartalego. Jeżeli mielibyśmy w historii znaleźć zawodnika stojącego na skrajnie przeciwnym biegunie, oczywiście nie pod względem sportowym, byłby to moim zdaniem Marco Pantani, chyba najbardziej tragiczna, a zarazem romantyczna postać tej dyscypliny w ostatnich latach.

„Pirat” był kolarzem, którego fani uwielbiali. Jego widowiskowy styl jazdy, niesamowite serce do walki i pasja, z jaką uprawiał tę dyscyplinę, zjednały mu rzesze fanów na całym świecie. Największą miłością dostawał oczywiście od kibiców z Włoch, widzących w nim spełnienie marzeń o kolejnym wielkim mistrzu. I ta miłość była bezwarunkowa, bo wybaczano mu naprawdę wiele.

Dopingowe wpadki, problemy z narkotykami, nieudane powroty. To wszystko budowało jego legendę. Tajemnicza śmierć w młodym wieku, przez niektórych uznawana za niewyjaśnioną do tej pory, niejako dopełniła jego historię. W zasadzie ani przez moment nie był kryształowy tak, jak chociażby Bartali, ale cieszył się bardzo podobnym uwielbieniem, jak jego wielki poprzednik.

A przypomnijmy, że Giro d’Italia ukończył tylko cztery razy, podobnie jak Tour de France. W pamiętnym 1998 wygrał oba te Wielkie Toury, pokazując skalę swojego talentu. Jednak kolarzy o bogatszym CV było wielu. Dorównujących mu jednak popularnością ledwie kilku.

Święty i grzesznik. Ta można zestawić oba życiorysy. Jeden naprawiał świat, drugi miał sporo problemów i nie potrafił naprawić nawet samego siebie. Różniło ich prawie wszystko. Prawie, bo obaj byli świetnymi kolarzami, porywającymi tłumy swoją jazdą, zwycięstwami, niebywałą ambicją. Historia Pantaniego jest tragiczna, choć nie brak w niej romantycznych akcentów. Z kolei opowieść o Bartalim to jak piękna baśń, zwieńczona szczęśliwym zakończeniem i ciągłym zwycięstwem dobra nad złem.

Na pogrzebie Pantaniego pojawiło się niemal 20 tysięcy żałobników. Żegnali go Alberto Tomba i Francesco Moser. Odchodził jak król, choć władcą szos był przez moment. Wyrył się głęboko w pamięci kibiców i wymienia się go jednym tchem z największymi mistrzami. Jeżeli patrzymy tylko na suche wyniki, z pewnością na to nie zasłużył. Trzeba jednak spojrzeć głębiej, na emocje, które dawał fanom. I chyba to liczy się najbardziej. Zwycięstwa są ważne, ale styl, charakter, wola walki, to też cechy uwielbiane przez fanów. Kibice kochają wojowników. I to łączy Marco Pantaniego i Gino Bartalego. Ten pierwszy częściej przegrywał, nie tylko na szosie, ale przecież „dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

Jakub Kędzior

(fot. Hein Ciere – Wikiportrait)

Dodaj komentarz

Zostaw Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Popularne

To Top