Świat

Wyścigi w promocji

Peleton podczas UAE Tour
Peleton podczas UAE Tour / fot. UAE Tour

Władze UCI, organizatorzy wyścigów i różnej maści działacze starają się robić sporo, by promować kolarstwo w krajach, gdzie ta dyscyplina nie jest szczególnie znana. Duża część tych działań jest godna uwagi, ale niektóre niestety są nietrafione, albo wręcz niebezpieczne – pisze w najnowszym felietonie Kuba Kędzior.

Momentami wydaje się, że zamiast promocji kolarskich imprez państwa wykładające pieniądze otrzymują wyścigi w promocji.

Kolarstwo jest dyscypliną, która znakomicie nadaje się do promocji danego regionu czy nawet całego kraju. Zdają sobie z tego sprawę wszyscy i skrzętnie wykorzystują ten fakt. Często z korzyścią dla kolarzy i kibiców. Znakomitym przykładem jest chociażby impreza w hrabstwie Yorkshire, która choć ma krótką historię, jest jedną z ciekawszych w całym kalendarzu UCI. Tysiące widzów przy trasie, strome, dynamiczne podjazdy i walka na całego, nierzadko w trudnych warunkach atmosferycznych. Kapitalna reklama i dla regionu, i dla kolarstwa.

Nieco inaczej traktowany jest z kolei wyścig w Turcji, gdzie mimo sporych nakładów, nie udało się zbudować aż tak wielkiego prestiżu. Trasa, choć miejscami malownicza, często jest też nudna. Turcy zresztą też nie zapałali do kolarstwa miłością żarliwą, a i polityczne tło nie przysparza temu wyścigowi miłośników. Wpisał się już jednak do kolarskiego kalendarza i mówiąc kolokwialnie, nikomu krzywdy nie robi.

Co innego może jednakże stać się, jeżeli Izraelczycy zrealizują swój pomysł i ściągną do siebie Tour de France. Oczywiście, pamiętam, że peleton podczas Giro już ścigał się w tym kraju, przejeżdżając zresztą przez piękny kurort Ejlat, w którym whisky nad brzegiem morza smakuje wybornie. I włoski Grand Tour szczęśliwie obył się bez afer, skandali i ofiar. Ba, okazał się nawet sukcesem. Pamiętam również i o tym, że Izraelczycy stawiają na kolarstwo, rozwijają swoją grupę, inwestują w młodzież i mają sporo szerokich dróg, gdzie jazda rowerem jest przyjemnością. Stać ich także, by zagwarantować organizatorom Wielkiej Pętli odpowiednie warunki na Grand Depart.

Pamiętam również i o tym, ile nerwów kosztowało polskich fanów oczekiwanie na to, czy mecz reprezentacji Jerzego Brzęczka zostanie rozegrany w Jerozolimie, czy w ogóle do niego dojdzie, a jeśli tak, czy będzie on bezpieczny dla wszystkich? Pamiętam, że to kraj pogrążony w stanie wojny od wielu, wielu lat. Że tamtejszy konflikt jest uznawany za nie do rozwiązania. Pamiętam, że rakiety spadają tam często, bomby wybuchają regularnie, a żołnierze z bronią na ulicach to codzienność.

Wielu uważa, że Izrael to bezpieczny kraj i zachęca turystów do odwiedzin. Jest w tym sporo prawdy, ale też pamiętajmy, że w przypadku wyścigu do zabezpieczenia są setki kilometrów tras, często za miastem, a nie tylko plaża nad Morzem Martwym czy Czerwonym. Kolarstwo niestety jest jest dyscypliną, która jest bardzo narażona na ataki terrorystów, albo nawet zwyczajnych idiotów. Dzięki Bogu, do tej pory nie byliśmy świadkami żadnego wielkiego zamachu. To jednak nie oznacza, że nigdy nie będziemy. A niestety, jeżeli miałbym wskazać miejsca szczególnie narażone, Izrael byłby jednym z pierwszych. Skoro tyle niepokoju towarzyszyło starciu z Polską, to ile bardziej niebezpiecznie byłoby podczas Tour de France? Bo z całym szacunkiem dla Roberta Lewandowskiego i spółki, nasza kadra nie cieszy się aż tak wielkim prestiżem, jak Wielka Pętla.

Oczywiście organizacja wyścigu w Izraelu nie jest równoznaczna z tym, że połowa z nich zginie od wybuchu bomby, a druga połowa zostanie uprowadzona. Może okazać się, że izraelskie służby, jedne z najlepszych i najbardziej oddanych na świecie, zdołają zabezpieczyć trasę i zawodnicy przejadą spokojnie jak po trasie Klasyku Beskidzkiego. Może. Tyle, że moim zdaniem ryzyko jest zbyt wielkie, by narażać na nie kolarzy w imię promocji dyscypliny. A tak naprawdę chęci zysku organizatorów.

Pieniądze są motorem napędowym praktycznie każdej dyscypliny. Nie inaczej jest w kolarstwie. Między innymi dlatego zakończenie sezonu nie odbywa się już w Lombardii tylko w Chinach. Z tego powodu wyścigi rozgrywane są w piaszczystych krajach arabskich, gdzie poza małą grupką szejków, jazda na rowerze nie obchodzi zupełnie nikogo. I właśnie dla pieniędzy część zawodników chałturzy na różnych krańcach świata, przy okazji nabijając cenne, treningowe kilometry. Komercjalizacja sportu niesie za sobą takie mniej lub bardziej przykre, a czasem zupełnie przyjemne, obowiązki.

Pieniądze jednak nie mogą przesłaniać bezpieczeństwa zawodników, a tak moim zdaniem stałoby się, gdyby Tour de France odbywał się w najbliższej przyszłości w Izraelu. To byłoby niepotrzebne narażanie kolarzy. Żyjemy w czasach, w których sport jest towarem, sprzedawanym za coraz większe pieniądze. Zdrowia, czy życia sportowców nie warto jednak sprzedawać w promocji.

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment Login

Zostaw Komentarz

To Top