Polska

Od “Zombie” do mistrza

Marcin Białobłocki
Marcin Białobłocki na podium 7. etapu Tour de Pologne 2015

We wrześniu tego roku dobiegła końca jedna z najbardziej inspirujących karier ostatniej dekady. „Pas” powiedział Marcin Białobłocki – wybitny specjalista w jeździe indywidualnej na czas, mistrz Polski, człowiek, który nigdy nie porzucił marzeń. Razem z nim wspominamy najważniejsze momenty szosowej przygody.

Początki

Pierwsze kolarskie kroki urodzony w 1983 roku Białobłocki stawiał w Sokole Sokółka. Do grupy zawodowej trafił w wieku niespełna 23 lat, w 2005 roku. Dołączył do PSB – Atlas – Orbea. W trakcie sezonu porzucił jednak formację Dariusza Banaszka i zdecydował się na wyjazd do Anglii.

„To miał być już koniec kolarstwa. W Polsce nie widziałem przyszłości związanej z rowerem, chyba że jako środek transportu do pracy” – wspomina gorzko. Wyjechał razem ze swoją późniejszą żoną, Heleną. Początki nie były łatwe, a Białobłocki zderzyć musiał się z typową, emigracyjną rzeczywistością. Pracował jako kierowca wózka widłowego.

“Zombie”

Sportu mu jednak brakowało, więc szybko podjął decyzję o powrocie do treningów. Wiązało się to jednak z coraz większymi wyrzeczeniami. „Pracowałem na zmiany nocne w magazynach z owocami. Nazywali mnie ‘zombie’ i tak tez się czułem. Po pracy spałem kilka godzin, ruszałem na trening, po nim znowu krótka drzemka i… do pracy. Tak było przez rok” – wyjaśnia.

Marcin zaczął jednak wygrywać. Co prawda – jedynie na szczeblu amatorskim, lecz to wystarczyło, by zwrócić na siebie uwagę odpowiednich ludzi. Dzięki właścicielce domu, który wynajmował poznał byłego zawodnika, mającego polskie korzenie Dave’a Baranowskiego. „Pomógł mi. Dzięki niemu w sezonie nie musiałem pracować i mogłem się skupić na treningach oraz startach” – wraca pamięcią Białobłocki.

“Gdybym był Anglikiem…”

Kolarz z Sokółki stawał się coraz bardziej zmotywowany, a karuzela się nakręcała. Więcej czasu na treningi oznaczało, że jego forma rosła,a to przekładało się na coraz bardziej prestiżowe zwycięstwa. Przed startem sezonu 2011 Polak poczuł się tak pewny swoich umiejętności, że poprosił o angaż w drużynie zawodowej – Motorprint – Marshalls Pasta. „W 2010 roku miałem na koncie łącznie 25 wygranych. Prawda jest taka, że gdybym był Anglikiem, to każda z tamtejszych ekip by o mnie pytała. Ja jednak na szacunek musiałem zapracować” – wspomina.

Co ciekawe, powrót do zawodowego kolarstwa po ponad pięcioletniej przerwie nie był dla Białobłockiego skokiem na głęboką wodę. „Mając odpowiednie zaplecze, ściganie się z zawodowcami było tylko łatwiejsze. Jeszcze jako amator niejednokrotnie z nimi rywalizowałem. Różnica była tylko taka, że ubyło mi zwycięstw, bo musiałem się dzielić z kolegami z drużyny” – wraca pamięcią.

Sezon 2012, Marcin Białobłocki w barwach Node4 – Giordana

Przełom

Kolejne lata to nieustanny progres, jednak zupełnie przełomowy był sezon 2013. Polak trafił do zespołu UK Youth, gdzie jego szefem był Nigel Mansell – były kierowca wyścigowy, mistrz świata Formuły 1 z 1992 roku w barwach Williamsa. Rozwiązania znane ze sportów motorowych zaszczepił on na grunt kolarski, a Białobłocki po raz pierwszy poznał, czym są słynne „marginal gains”. „Zacząłem używać pomiaru mocy, a przede wszystkim – zrozumiałem znaczenie aerodynamiki. Pokazano nam, jak istotne są nawet najmniejsze detale” – stwierdził.

Topowy sezon

To właśnie wtedy Polak poczuł że wie, w jakim kierunku powinien pójść i coraz większą uwagę przywiązywał do kwestii sprzętowych. Zyskiwał też uznanie na Wyspach, czego dowodem były przenosiny do One Pro Cycling przed najlepszym w karierze sezonem 2015. To właśnie wtedy Białobłocki sięgnął po mistrzostwo Polski w jeździe indywidualnej na czas, pokonując Kamila Gradka i Bartosza Huzarskiego, a niedługo później – po etapowy skalp Tour de Pologne, zwyciężając w finałowej „czasówce”. Na deser wystartował jeszcze w mistrzostwach świata, zajmując w swojej specjalności 9. miejsce.

Dekoracja medalistów mistrzostw Polski 2015

Rok później wraz z ekipą „awansował” na szczebel ProContinental, co oznaczało występy w o wiele bardziej prestiżowych wyścigach. Oglądaliśmy go m.in. w Dubai Tour, Kuurne-Bruksela-Kuurne czy Tour de Luxembourg. Niewiele było jednak startów w „czasówkach”, w których Białobłocki stawał się coraz lepszym specjalistą. Kiedy już otrzymał szansę zaprezentowania pełni umiejętności – w mistrzostwach kraju – sięgnął po srebro, ulegając tylko Maciejowi Bodnarowi. Ponownie pojawił się również w mistrzostwach świata (był 14 mimo, iż w pewnym momencie… pomylił drogę).

Angaż w CCC i problemy ze sprzętem

Miano jednego z najlepszych specjalistów od „czasówek” na świecie zaowocowało powrotem do Polski i jazdą w CCC Sprandi Polkowice. W barwach tej drużyny spełnił jedno ze swoich marzeń – wystartował w Grand Tourze, konkretnie – Giro d’Italia. Tam zajmował na będących jego celem etapach jazdy indywidualnej na czas 29. i 11. miejsce. Jak uważa, wyniki te mogły być o wiele lepsze, gdyby sprzęt nadążał za konkurencją.

„Wielu pomyśli zapewne: Co on opowiada?! Ale tak… wszystko wyglądało ładnie, lecz co z tego, skoro traciliśmy około 60 watów na samej aerodynamice, nie wspominając o innych stratach wynikających z transferu mocy czy wagi. Można było wygrywać, ale konieczne było sporo szczęścia i nie nazwałbym tego walką fair-play. Cieszę się, że teraz wiele osób to zrozumiało i w grupie jest pod tym względem o wiele lepiej” – mówił.

O swoim występie w Italii opowiada jednak chętnie, choć nie ukrywa, że prześladował go pech. „To długa i nietypowa historia. Pierwszą z dwóch prób na czas jechałem na poziomie czołowej szóstki. Mogę to łatwo udowodnić, pokazując zapisy licznika. Niestety, w jeden z zakrętów wszedłem zbyt szybko i zaliczyłem wywrotkę. Zdarza się, w tym samym miejscu leżał wtedy Wasyl Kiryjenka. Finałowa próba mogła pójść mi nieco lepiej, ale czułem już zmęczenie. Poza tym, jak mówiłem – sprzęt…” – kontynuuje.

Koniec polskiej przygody

Co ciekawe, to właśnie kwestie sprzętowe doprowadziły do jego rozstania z drużyną CCC. Białobłocki nie krył bowiem swojego niezadowolenia. „Moja głowa mówiła ‘nie odzywaj się’, ale dusza perfekcjonisty podpowiadała, że nadszedł czas na zmiany. Czara goryczy przelała się, a tak przynajmniej sądzę, podczas mistrzostw świata. W drużynowej czasówce po świetnej jeździe zajęliśmy 8. miejsce. Po jej zakończeniu przy zawodnikach i dyrektorach grupy otwarcie stwierdziłem, że gdybyśmy mieli lepszy sprzęt, przywieźlibyśmy medal” – wspomina.

Niedługo później okazało się, że jego kontrakt nie został przedłużony. Jak twierdzi, kiedy się o tym dowiedział, nie czuł żalu. Moment refleksji nadszedł dopiero, gdy okazało się, że ekipa z Polkowic dołączy do grona World Touru. „Pomyślałem, że może jednak mogło się to potoczyć inaczej…” – zawiesza głos. „Niczego jednak nie żałuję” – podkreślił.

“Amator” tylko z nazwy

Białobłocki nie znalazł zatrudnienia w grupie zawodowej, co w teorii oznaczało regres i powrót na szczebel amatorski. To jednak tylko teoria, bowiem Polak miał swój plan i konsekwentnie wdrażał go w życie. „Postanowiłem zrobić coś na własną rękę. Jeszcze mocniej wyspecjalizować się w jeździe na czas, pobić kilka rekordów… Po kilku miesiącach, które były dla mnie wyczerpujące psychicznie zdołałem skompletować sponsorów i ruszyłem do pracy” – relacjonuje.

„Jeździłem co chciałem,kiedy chciałem i wygrywałem na najlepszym sprzęcie na świecie…to było moje pierwsze marzenie, które udało się spełnić” – wraca pamięcią. Występy na szczeblu amatorskim, choć niekiedy prestiżowe (Białobłocki bił m.in. cieszące się dużą estymą rekordy Wielkiej Brytanii na 10, 25 i 100 mil), wymagały jednak włożenia w nie naprawdę dużej pracy, by utrzymać światowy poziom. Polak ponownie został ze wszystkim praktycznie sam, a los wciąż rzucał mu pod nogi kłody.

„Wiele spraw, którymi normalnie zajmuje się ekipa, ja musiałem załatwiać w pojedynkę. Dodatkowo moja czteroletnia córka zachorowała na cukrzycę, a żona musiała zwolnić się z pracy, by zapewnić jej pełną opiekę. Ja jeździłem, lecz wiele nie zarabiałem. Nie było nam lekko” – wspomina.

Koniec i nowe otwarcie

Mimo to, konsekwentnie parł naprzód. Zarówno w 2018, jak i 2019 roku ponownie sięgał po medale MP (odpowiednio: srebro i brąz). W jego głowie nieustannie kiełkował również pomysł poprawienia rekordu świata w jeździe godzinnej. Wymagało to jednak gigantycznych nakładów, przerastających możliwości zawodnika. To, w połączeniu z brakiem ofert od ekip zawodowych sprawiło, że we wrześniu Białobłocki postanowił, że da sobie spokój z wyczynowym uprawianiem kolarstwa.

Nie zamierza jednak porzucać tego sportu. Zamiast tego, zajmie się treningiem i jak sam mówi, perspektywa wychowywania przyszłych mistrzów wywołuje u niego ekscytację. „Zdobyłem wiedzę i ogromne doświadczenie. Nie zamierzam tego zakopać pod ziemię. Podzielę się z ludźmi. Którzy chcą coś osiągnąć. Zwycięstwa moich podopiecznych będą tak samo przyjemne, jak osobiste wygrane, a już na pewno – mniej bolesne” – żartuje.

Co ciekawe, Białobłocki opracowuje też własną kolekcję ubrań kolarskich. Jak przekonuje, mają być „najszybsze na świecie”. „Zawsze chciałem to zrobić. Wcześniej jednak umowy sponsorskie i brak czasu były przeszkodami nie do przeskoczenia” – wyznał.

Obok tego niezmiennie chce cieszyć się kolarstwem – dyscypliną, która choć wystawiała go na próby, dała też chwile chwały.

Tomasz Czernich

Białobłocki Pro Coaching, źr. Marcin
Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment Login

Zostaw Komentarz

To Top