Kolarsko.pl

…o kolarstwie wiemy wszystko!

Peleton podczas Tour de France

Krótko, ale dynamicznie?

Kiedy przychodzi czas Wielkich Tourów telewizyjni nadawcy ale i zwykli fani mają spory kłopot. Czy pokazać/obejrzeć w całości trwający sześć godzin etap, na którym z góry wiadomo, co się wydarzy, czy może tylko ostatnią godzinę? A może ten problem niebawem zniknie?

Nawet podczas kolarskich transmisji między wierszami, albo zupełnie wprost, słychać głosy, że pokazywanie długich płaskich etapów od początku do końca nie ma sensu. Nie dość, że zupełnie nie służy promocji kolarstwa, to jeszcze w niektórych przypadkach nawet odstrasza od niego słabiej zorientowanych kibiców. Oczywiście, świetnie posłuchać ciekawostek nieocenionego Piotra Ejsmonta i obejrzeć kilka zameczków i kościółków nad Loarą. Tyle, że kiedy robi się to codziennie po 4-5 godzin, nawet takie rarytasy się przejadają.

Będący w Krakowie dyrektor wyścigu Vuelta a Espana mówił, że jego zdaniem zawodowe kolarstwo powinno iść w stronę skrócenia etapów, sprawienia, by były bardziej dynamiczne. Innymi słowy lepiej dopasowane do telewizyjnej ramówki, która przecież jest w dużej mierze motorem, a w tym wypadku rowerem napędowym całej dyscypliny. I wydaje się, że takie ruchy mają sens.

Kiedy przychodzi do ścigania w Alpach czy Pirenejach, na trasie jest kilka podjazdów i w zasadzie od samego początku może wydarzyć się coś, co zmieni losy wyścigu, fani zasiadają przed telewizorem z wypiekami na twarzy. Kiedy jednak po przejechaniu 10 kilometrów tworzy się odjazd harcowników i można niemal założyć, że na chwile przed metą zostanie złapany, a potem do gry wejdą pociągi sprinterów i specjaliści od walki „na kresce”, to oglądania kilkugodzinnej relacji trochę mija się z celem.

I coraz częściej na Wielkich Tourach mamy do czynienia z etapami o długości 100-150 kilometrów. Krótszymi, dynamicznymi, bez długich okresów nudy na trasie. Oczywiście, trzeba to pogodzić z interesami sponsorów, miast goszczących imprezę, które przecież chcą i powinny być pokazane, ale moim zdaniem, a co ważniejsze zdaniem osób takich jak Guillen, trzeba to jakoś wyważyć i nie robić tego kosztem widowiska, kibiców, no i samych kolarzy.

Praktycznie na początku każdego roku każdy snuje plany na przyszłość, pojawiają się nowe nadzieje i perspektywy. Może właśnie tak będzie w przypadku kolarstwa, że sezon 2020 przyniesie zmianę w rozgrywaniu największych wyścigów świata i trasy kolejnych edycji będą odpowiadały schematowi „krótko ale dynamicznie”?

Pewnie nie stanie się to w ciągu roku czy dwóch, ale wydaje mi się, że taka będzie przyszłość wyścigów wieloetapowych. Na wiosnę czy jesienią będziemy oglądać kapitalne jednodniowe maratony dochodzące do 250 kilometrów, na których kolarze w niedzielne popołudnie będą dostarczać nam niebywałych emocji, by w tygodniu szykować się do kolejnego pracowitego weekendu. W środku sezonu z kolei będziemy mieli wieloetapowe imprezy, gdzie niemal każdy etap będzie wart obejrzenia w całości, lub chociażby w długich fragmentach.

Pewnie znajdą się tacy, którzy się ze mną nie zgodzą. Zakochani w oglądaniu urokliwych francuskich miasteczek, bądź zachwycających włoskich winnic, przez które niespiesznie jadą kolarze. Łaknący widoków niczym z filmu „Dobry rok” z Russelem Crowem (choć bez wystawiania środkowego palca kolarzom). I pewnie będą mieli trochę racji, bo przecież magia kolarstwa to też walka z kolejnymi setkami kilometrów, wielogodzinna i niemal zapisana w DNA każdego zawodnika. Tyle, że przyszło nam żyć w czasach, gdzie wydarzenia konsumuje się coraz intensywniej, dynamiczniej, a przede wszystkim krócej. Taka, można powiedzieć, mozolna rozrywka ma dużo trudniej się przebić i zyskać nowych fanów.

A właśnie tego, żeby było nas jak najwięcej, chciałbym na Nowy Rok życzyć kibicom kolarstwa. Poza tym wielu okazji do ciekawych dyskusji i merytorycznych sporów. Całego mnóstwa okazji do celebrowania zwycięstw Polaków i kolarzy z polskich ekip. Let’s make polish cycling great again!

(fot. ASO/Pauline Ballet)