Kolarsko.pl

…o kolarstwie wiemy wszystko!

Cesare Benedetti

„Wyśniony” triumf, pięć kaw i… misie koala. Rozmowa z Cesare Benedettim

Cesare Benedetti (BORA-hansgrohe) to zawodnik, którego fanom w Polsce przedstawiać nie trzeba. Pochodzący z Trydentu kolarz jest blisko związany z naszym krajem i całkiem możliwe, że już niedługo cieszyć się będzie jego obywatelstwem. W rozmowie z Kolarsko.pl opowiedział o ambicji występu w biało-czerwonych barwach, swojej rozpoznawalności i życiu kolarza. Wrócił też do pamiętnego zwycięstwa etapowego podczas Giro d’Italia.

Rozmawiali: Tomasz Czernich i Tomasz Garus

Z pewnością doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że zna Cię każdy kibic kolarstwa w Polsce. Jak Ci się żyje w naszym kraju, czy da się odczuć rozpoznawalność?

Myślę, że aby się odczuć rozpoznawalność w Polsce, trzeba być Rafałem Majką. Ja jestem dobrym kolarzem, ale nie żadnym mistrzem. W Polsce coraz więcej ludzi jeździ na rowerze, ale chyba kolarstwo zawodowe nie jest aż tak popularne jak na przykład w Belgii. Pamiętam jednak, że kiedy wróciłem do Polski po tegorocznym Giro d’Italia to w centrum Gliwic ktoś podszedł do mnie i złożył gratulacje. Z kolei kiedy wybrałem się z córką do zoo w Krakowie, inny kibic poprosił o zdjęcie. Nie powiem, to miłe.

W naszej rzeczywistości odnajdujesz się coraz lepiej. Kiedyś w jednym z wywiadów (jeszcze w 2016 roku, przeprowadzonym dla naszosie.pl – przyp.red.) powiedziałeś, że Twoim marzeniem jest założenie biało-czerwonej koszulki. Bierzesz taki scenariusz pod uwagę? Nie ukrywasz, że nie czujesz się prawdziwym Włochem.

Zgadza się – tak powiedziałem w wywiadzie z Martą Wiśniewską. Prawda jest taka, że młody już nie jestem, a wciąż nie mam polskiego obywatelstwa. Gdyby kiedyś mi się to udało, a trener kadry uzna, że jestem potrzebny, chętnie bym dla drużyny pracował.

Jakie będą dla Ciebie najważniejsze cele na nowy rok? W których wyścigach Cię zobaczymy?

Kalendarz trzeba jeszcze potwierdzić, ale wiem, że otworzę sezon Tour Down Under, rozpoczynającym się w drugiej połowie stycznia. Pojadę także w Cadel Evans Road Race na początku lutego. W sumie – cieszę się, że tam lecę. Nigdy wcześniej nie byłem w Australii. Zawsze oglądałem z zazdrością zdjęcia kolarzy z egzotycznymi zwierzętami, a teraz i ja będę się mógł przytulić do misia koala (śmiech).

Rozmawiamy w trakcie „off-seasonu”, więc nie sposób zapytać o tę część kolarskiego życia. Jak ona wygląda u Ciebie? Nadal żyjesz kolarstwem przez 24 godziny na dobę, czy może to czas na inne aktywności? Poświęcenie się rodzinie?

Sezon skończyłem już 12 października, po Il Lombardia. Przez prawie dwa tygodnie byłem w Trydencie, gdzie jeszcze odrobinę potrenowałem i pospacerowałem po górach.
Później mieliśmy już pierwsze, drużynowe spotkanie przed sezonem 2020. Miało charakter bardziej integracyjny – rozmawialiśmy o planach, porobiliśmy kilka zdjęć, pracowaliśmy nad pozycją na rowerze… To była okazja, by poznać naszych nowych zawodników, trochę poimprezować.
Po tym wszystkim wróciłem do Polski i w zasadzie przez cały czas byłem w Gliwicach. Żona miała dużo pracy – między innymi prezentowała swoją pierwszą książkę, która opublikowana została na początku listopada. Z tego powodu musiałem więcej czasu poświęcać córce. Spędziliśmy go razem naprawdę dużo i bardzo mnie to cieszy.
Co roku powtarzam, że w „off-seasonie” chciałbym wreszcie pojechać gdzieś, gdzie jest ciepło, a koniec końców i tak zostajemy w Polsce. Aż tak bardzo mi to jednak nie przeszkadza – przez niemal cały rok jeżdżę po świecie więc fajnie jest spędzić odrobinę czasu w czterech ścianach.

Czy przygotowania do sezonu olimpijskiego będą się u Ciebie w jakimś stopniu różnić o tych z lat poprzednich? Na igrzyska w Tokio, bez względu na sprawy związane z polskim obywatelstwem nie masz raczej szans.

Zgadza się – to jest temat który mnie póki co nie dotyczy. Nawet, gdyby ktoś z Polski chciał mnie zabrać do Tokio to regulamin jasno mówi, że aby było to realne, trzeba posiadać obywatelstwo kraju przez co najmniej trzy lata. Oczywiście, można to obejść – zapewne uda się to Enrico Gasparotto, który przyjął szwajcarski paszport – ale w moim przypadku tak raczej nie będzie. Poza tym wszystkim myślę że wasza reprezentacja z Majką, Kwiatkowskim i np. Bodnarem będzie naprawdę silna. Do tego do igrzysk wciąż jest trochę czasu, więc niewykluczone że któryś z młodych kolarzy zacznie pokazywać coś fajnego.

fot. BORA-hansgrohe / Ralph Scherzer

W sezonie 2019 Tobie też się to udało – wygrałeś w końcu etap na Giro d’Italia. Ten dzień zapamiętasz zapewne do końca życia.

Aż do maja tego roku w całej swojej karierze wygrałem tylko dwie drużynowe czasówki. Pierwsze indywidualne zwycięstwo „wybrałem” chyba dość dobrze (śmiech). I tak, na pewno na długo je zapamiętam.

Opowiedz proszę, jak wyglądało to z Twojej perspektywy.

Po jedenastym etapie wyścigu, dzień przed moim zwycięstwem, kiedy wróciliśmy do hotelu Patxi Vila (dyrektor sportowy BORA-hansgrohe – przyp.red.) przyszedł do mojego pokoju i powiedział, że jeżeli chcę, mogę na 12. etapie zaatakować. Według niego to był idealny odcinek do ucieczki, a do tego – dopasowany do mnie. Nie byłem do końca przekonany, czy go posłuchać – od dziesięciu dni pracowaliśmy już z „Poljanem” na czele peletonu, głównie z myślą o Pascalu Ackermannie. Wydawało mi się więc, że nawet jeżeli załapię się do odjazdu, to pewnie nie będę tak świeży jak moi rywale.

A jednak – ruszyłeś.

Tak i… czułem się naprawdę nieźle! Widząc jednak, kto jest ze mną w ucieczce pomyślałem, że stać mnie maksimum na szóste, może piąte miejsce. O wygranej nawet nie marzyłem.
Pamiętam, że ten długi podjazd (Montoso, ok. 30 km od mety – przyp.red.) był bardzo sztywny. Starałem się go przejechać moim tempem i odpadłem od grupy, ale na zjeździe udało mi się do niej wrócić. Podobnie było na ostatnich kilometrach. Stromą wspinaczkę na San Maurizio zacząłem na czele ucieczki i choć dawałem z siebie wszystko, znów straciłem dystans. Jakimś cudem jednak ponownie wróciłem na czoło i… wygrałem sprint!
Na mecie czekali na mnie nasi masażyści: Amadeusz Rudziński i Peter Kalany. Po chwili przybiegł Adam Probosz, który jest dla mnie kimś więcej, niż tylko dziennikarzem. To było świetne – móc dzielić radość z innymi. Po powrocie do hotelu gorąco powitał mnie z kolei Łukasz Piwowski, z którym znamy się od siedmiu lat i jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi.

Czułeś tuż przed startem etapu, że to właśnie „ta” chwila? Dla przykładu: Marcin Białobłocki mówił po zdobyciu mistrzostwa kraju w 2015 roku, że już rano wiedział, że nie musi mieć nawet jakiegoś szczególnie dobrego samopoczucia bo jest tak mocny, że sobie poradzi.

Pamiętam, że przed samym startem byłem bardzo zmęczony i w autobusie wypiłem pięć kaw. Na pewno nie czułem, że stać mnie na wygraną. Ale… na starcie rozmawiałem z młodym kolarzem Trek-Segafredo, Nicolą Concim, który też pochodzi z Trydentu. Powiedział mi, że tej nocy śniło mu się, że wygrałem Liege-Bastogne-Liege po sprincie z trzema innymi zawodnikami. My byliśmy na Giro, finiszowaliśmy w piątkę, ale finał etapu był ten sam.

Końcówka etapu do Pinerolo była wręcz szalona. Na pewno byłeś na bieżąco w kontakcie z dyrektorem sportowym. Co Ci mówił, kiedy odpadałeś od czoła ucieczki?

Mniej więcej w połowie odcinka rozmawiałem z naszym DS-em i zapytał mnie, kto moim zdaniem jest najmocniejszy w ucieczce. Nie pamiętam, co mu odpowiedziałem, ale on wskazał mi Gianlukę Brambillę. Ani ja, ani on nie wierzyliśmy, że będę w stanie go pokonać. 15 kilometrów przed metą podjechałem do samochodu, wziąłem ostatni bidon, dwa żele energetyczne, a potem… niczego już nie pamiętam.

fot. BORA-hansgrohe / Ralph Scherzer

Piękne wspomnienia. Cofnijmy się jednak w czasie jeszcze bardziej – do Twojego dzieciństwa. Czy kolarstwo było sportem który pokochałeś od dzieciństwa? Kto był Twoim sportowym idolem?

Jako dzieciak chciałem grać w piłkę nożną i to ją bardzo kochałem. Kiedy w domu lub szkole nabroiłem, rodzice wiedzieli jak mnie ukarać – zakazując wyjścia na trening. Moi pierwsi sportowi idole to właśnie piłkarze: Javier Zanetti, Roberto Carlos i Ronaldo, ale ten prawdziwy, z Brazylii.
Na rowerze zacząłem jeździć dość późno, bo kiedy miałem prawie 12 lat. Ścigałem się, bo imponowali mi sami kolarze, mniej niż jazda na rowerze. W pierwszych latach dopingowałem Gilberta Simoniego – mojego krajana z Trydentu, ale jednocześnie bardzo lubiłem oglądać sprinty. Zafascynował mnie „czerwony pociąg” Saeco z Mario Cipollinim, lubiłem Robbiego McEwena i Erika Zabela. Zamarzyłem o tym, by stać się częścią takiego sprinterskiego pociągu i koniec końców parę razy w ciągu kariery miałem taką okazję.

Życie kolarza jest pełne wyrzeczeń, czy były momenty, kiedy mówiłeś sobie ,,dość tego”?

Robię tak chyba co drugi dzień (śmiech). No, może przesadzam, ale takie momenty na pewno się zdarzają. Nie chodzi nawet o to, że kolarstwo to trudny sport, że trzeba się czasami ścigać przy 40 stopniach Celsjusza, albo wręcz przeciwnie – przy zaledwie 2, w deszczu. Kocham moją pracę i w zasadzie… to dla mnie coś więcej. To styl życia.
Czasami jednak zdarza się, że czuję się bezużyteczny. Zastanawiam się: komu ja mogę tą swoją pracą pomóc? Może gdybym pracował w polu albo na budowie, byłbym przydatniejszy?
Prawda jest jednak taka, że kiedy przyjeżdżam na wyścigi czy zgrupowania, to wszystko odwraca się o 180 stopni. Czuję się naprawdę zarąbiście.

Co najbardziej kochasz w kolarstwie? A co, wręcz przeciwnie – jest trudne do zniesienia?

Lubię kolarską rutynę. Lubię jeździć na lotnisko, latać na wyścigi. Być z zespołem na zgrupowaniu, gdzie można myśleć w zasadzie tylko o treningach i poprawie wydajności. Lubię szalonych kibiców… po prostu – czuć się kolarzem.
Ten sport przysparza jednak wielu uczuć i czasami trudno jest je opisać. Nie do zniesienia bywa to, że latem nie mam ani czasu, ani sił, by „na poważnie” pospacerować po górach. Moja praca w sezonie też w zasadzie nie ma końca, bo to tak naprawdę styl życia. Na wiele rzeczy trzeba zwracać uwagę: pilnować zdrowia, unikać chorób, jeść zdrowo, dbać o wagę… Ale dopóki jest to moją pasją, nie będę mieć z tym problemu.

Każdy kolarz pewnie ma miejsce gdzie często lubi wracać podczas zawodów? Ty też?

Mój ulubiony wyścig to chyba Liege-Bastogne-Liege, choć w sumie… nie wiem, dlaczego. Często tam pada, jest zimno, a samo Liege to dla mnie smutne miejsce. No ale to „La Doyenne”, jeden z najstarszych wyścigów świata i kiedy byłem mały marzyłem, by choć raz stanąć na jego starcie. Teraz mam na koncie już sześć występów, a ten z 2019 roku był najbardziej satysfakcjonujący, bo dwóch naszych kolarzy – Davide Formolo i Maximilian Schachmann skończyło go na podium.
W 2015 i 2016 roku jechałem w ucieczce, a w drugi z tych wyścigów był koszmarny – padał śnieg i było niesamowicie zimno. Tydzień później startowałem we Frankfurcie i wciąż nie miałem czucia w dwóch palcach prawej ręki!
Oprócz L-B-L lubię Tour of Britain, bo uwielbiam krajobrazy Wielkiej Brytanii. Nie mogę też nie wspomnieć o Tour de Pologne, bo w ostatnich trzech latach miałem w Katowicach niesamowity fanklub i masę dopingu przez cały tydzień.
Najbardziej zakręcone kibice są chyba w Kraju Basków, naprawdę dużo ich i czekają zawsze aż do ostatniego kolarza. Muszę też wspomnieć o fanach „Polska Ekypa Frankfurt”. To mała grupa Polaków, która mieszka właśnie w tym mieście. Można spotkać ich wszędzie, od Belgii, przez Holandię i Niemcy aż do Włoch. Malują napisy nawet na moich drogach treningowych i nie wiem gdzie kupują ten lakier bo zostaje na drodze przez lata!

Wraz z końcem sezonu 2020 wygasa Twoja umowa z BORA-hansgrohe. Czy wyobrażasz sobie siebie w innym zespole? Może w takim z pomarańczowymi strojami…

Trudno powiedzieć, bo jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by myśleć o sezonie 2021. Przede wszystkim teraz trzeba pokazać, że jestem w stanie utrzymać swój poziom, a potem… zobaczymy. Trzeba pamiętać, że nawet jeżeli jeździsz w jednym zespole przez dekadę nie oznacza to automatycznie, że masz pewną przyszłość. Już raz, cztery lata temu, byłem prawie pewien że moja kariera dobiegła końca.

Oby trwała jak najdłużej. Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia!

Również dziękuję i życzę wszystkiego dobrego dla nowego portalu kolarsko.pl. Powodzenia!

(fot. BORA-hansgrohe / Ralph Scherzer)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany.