Kolarsko.pl

…o kolarstwie wiemy wszystko!

Michał Kwiatkowski

O kolarzach jak o zmarłych

Obiektywnie trzeba przyznać, że ostatnie lata w polskim kolarstwie to pod względem sportowym bardzo udany okres. Lista sukcesów, szczególnie patrząc na degrengoladę związku, jest naprawdę długa i warto do docenić. Wydaje się jednak, że część fanów, wpadła w tak duże uwielbienie wobec niektórych zawodników, że każda, nawet najmniejsza forma krytyki natychmiast torpedowana jest atakami i odsądzaniem od czci i wiary. Doszliśmy do takich czasów, że o kolarzach jak o zmarłych, można mówić tylko dobrze – pisze Jakub Kędzior.

Michał Kwiatkowski i Rafał Majka to kolarze znakomici, momentami wybitni. To też przykłady, że pracą, zawziętością i momentami wręcz maniakalnym uporem można dojść na szczyt. W naszym kraju mimo powszechności jazdy na rowerze klubów kolarskich jest wciąż niewiele, a szkolenie pozostawia sporo do życzenia. Ich osiągnięcia pociągnęły za sobą sporo młodych chłopców, którzy podobnie jak oni, chcieliby święcić triumfy na szosach całego świata. Laudacji dla nich zresztą nie brak, podobnie jak i kibiców, którzy stoją za nimi murem. Ten mur jednak zaczyna dzielić nasze kolarskie środowisko.

To bardzo specyficzna dyscyplina, nierzadko sukces jednego zawodnika jest poparty tytaniczną pracą i wysiłkiem całej grupy. Spełnianie swoich marzeń jest równoznaczne z tym, że ktoś z tych marzeń rezygnuje. Wie to każdy, kto choć trochę zgłębił tajniki kolarstwa. To jednak nie oznacza, że z automatu można przypisać słabszą jazdę pracy na rzecz swojego lidera czy obowiązkom narzucanym przez dyrektora sportowego. I tutaj dochodzimy do sedna problemu.

Po latach posuchy, gdzie w peletonie mieliśmy w zasadzie tylko mitycznego już nieomal Sylwestra Szmyda, dzięki któremu słowo „gregario” odmieniano w telewizji przez wszystkie przypadki, a część rodziców nazywało tak swoich synów, córki i zwierzęta domowe, przyszedł czas sukcesów wspomnianych już Majki, Kwiatkowskiego czy też Przemysława Niemca. I początkowo trzeba było na nich chuchać i dmuchać, bo chyba każdy z nas obawiał się, że to tylko przelotne, że gdzieś znikną w otchłaniach peletonu, skończą jako pomocnicy, bez szans na zaistnienie. Stało się, na całe nasze szczęście, inaczej i nasi skromni chłopcy okrzepli, przeistoczyli się w prawdziwe gwiazdy i ugruntowali swoją pozycję. Zostali wielkimi kolarzami. Tacy jednak muszą mierzyć się nie tylko z uwielbieniem fanów, ale też z presją i większą niż w przypadku innych krytyką.

I to zdaje się nie przeszkadzać ani Rafałowi Majce, ani też Michałowi Kwiatkowskiemu, który sam zresztą dla siebie jest bardzo krytyczny. Przeszkadza to jednak dużej grupie fanów, gotowych bronić ich jak niepodległości. Pomijam oczywiście prostacki hejt, dla którego nie powinno mieć miejsca w sporcie. Mówię bardziej o zasłużonym mówieniu wprost, że „xx pojechał słabo/słabiej niż się spodziewaliśmy”. Nawet jednak w takim wypadku zaraz pojawia się gromada obrońców krzyczących, że „nie znasz się na kolarstwie, pracował dla liderów”, „wygrał dla nas już wystarczająco dużo”, po mój ulubiony argument „kiedyś mieliśmy tylko Szmyda, teraz trzeba się cieszyć”.

Dobrym przykładem jest tegoroczny Tour de France, w którym Michał Kwiatkowski pojechał słabo. Sam od siebie oczekiwał więcej, grupa oczekiwała więcej, kibice zresztą też oczekiwali więcej. Jednak każda próba zastanowienia się nad tym, co poszło nie tak, skąd gorsza forma Kwiato i czy może jednak nie pora na zmiany, kończyła się atakami jego obrońców. Wygrywając złoty medal w Ponferradzie, na stałe zapisał się w historii naszego kolarstwa, a nawet całego sportu. To nie oznacza jednak, że nie może mieć słabszego dnia i wtedy ktoś nie może o tym wspomnieć. Nikt nie odbiera mu oczywistych zasług i wielkiego potencjału, ale nawet ze zwykłej troski o przyszłość warto czasem głośno zastanowić się, co poszło nie tak.

Nie mamy wielu gwiazd w peletonie, Majka i Kwiatkowski, za nimi Tomek Marczyński, potem kilku solidnych kolarzy takich jak Paweł Poljański czy chyba jednak nawet więcej niż solidny Maciej Bodnar. Do tego kilku „aspirantów”, jak chociażby Szymon Sajnok. Dlatego oczywiście warto o nich dbać i czasem wybaczać nieco więcej. Nie wolno ich jednak zagłaskać, bo z młodych, łownych kotów, zostaną nam stare, grube i wyliniałe kocury, leżące pod piecykiem i wspominające dawne chwile chwały. A tego przecież nie chcemy, prawda?

Jakub Kędzior

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany.